środa, 27 kwietnia 2016

Nazi Show

Po wczorajszym "Nazi Show" Pospieszalskiego mam ponure refleksje. Manipulant, który krzyczał o białoruskich standardach, kiedy wstrzymano mu jawnie propagandowy odcinek programu w - jego zdaniem - obcej TV zniewolonego kraju, dziś realizuje partyjne zlecenia we własnej TVP, z której wyrzucono wszystkich, którzy sprzeciwiali się narodowej ideologii kierownictwa. 

To lizanie łap pogrobowcom nazistowskiego ONR-u wynika z potrzeby partii PiS, bo od tygodnia jednym głosem mówią na TT Gmyzy, Pereiry, Ziemkiewicze. Inżynierowie umysłów PiS, dopieszczając narodowców, mają dać im poczucie siły i spowodować rozpad partii Kukiza. Stąd Falangi i krzyże celtyckie w obiektywach kamer.
Ale co w tym wszystkim robi Kościół katolicki, udostępniając kościoły na pobożne Parteitagi z okrzykami „A na drzewach zamiast liści będą wisieć syjoniści!”, „Śmierć wrogom Ojczyzny”? Co tu robi wśród tych haseł ksiądz katolicki, co robi arcybiskup Jędraszewski? Czy naprawdę Episkopat nie pamięta już, jak skończył się romans kościoła z nacjonalistami w Niemczech, jak ministrantów zamieniono w dwa lata w oddziały Hitlerjugend, zapomniano sprawę biskupa Czesława Sokołowskiego, skazanego przez AK na śmierć za profaszystowskie sympatie i współpracę z hitlerowcami?


Straszne to, nawet przedwojenna Polska zdecydowała się zdelegalizować faszystowski ONR po kilku miesiącach działania, twórcy ONR trafili w roku 1934 do obozów pracy, razem z komunistami z KPP, ich gazety zostały zamknięte, a dziś PiS promuje nazistowskie emblematy, nadal zakazane prawnie w Niemczech.
Ten kij ma dwa końce, bo tuląc się do ONR PiS szyje sobie brunatny mundur i ujawnia faktyczne ciągoty do narodowo-socjalistycznej ideologii. Boję się, że "ciemny lud to kupi", jak kupił w latach 30.





W sondażach przeprowadzonych w amerykańskiej strefie okupacyjnej w latach 1945-47 udział ludności niemieckiej, która popierała pogląd iż „Narodowy socjalizm był dobrą ideą, ale źle realizowaną” wynosił od 47 do 55%, a 37% Niemców uznało iż „eksterminacja Żydów, Polaków i innej ludności niearyjskiej była konieczna z punktu widzenia bezpieczeństwa Niemiec”. Już po przegranej Hitlera! Nacjonalizm wciąga. Może więc tylko ci demonstrujący niezgodę z polityką PiS dostrzegają niebezpieczeństwo powtórki z polityki eliminacji „Untermenschów” gorszego sortu, rugowania z kultury „Entartete Kunst” zdegenerowanej sztuki różnych Klatów i wreszcie „Endlösung der KODfrage” ostatecznego rozprawienia się ze zdrajcami narodu?

Dzięki za inspirację: @MarekTatala @JanGrabiec

wtorek, 16 lutego 2016

Szukanie Żyda

Miałem sen, że jednak prezydent Duda postanowił posłuchać doradców oraz głosu mas rewolucyjnych i odebrał Grossowi Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP. W tym samym dniu precedens odnotowały wszystkie media na świecie, mniej lub bardziej dobitnie klasyfikując ekipę rządzącą Polską nie tylko jako dławiących opozycję autokratów, ale także jako antysemitów. 



TVP oczywiście przytoczyłaby znalezione z trudem cytaty z niszowych, faszyzujących tytułów, chwalących odwagę takiej decyzji, ale byłaby to próba rozgonienia smrodu za pomocą odpustowego wiatraczka. Śniegowa kula zaczęłaby się toczyć i rosnąć. Timothy Snyder oddałby wtedy swój Krzyż Oficerski Orderu Zasługi RP, co już dziś zadeklarował. Być może w geście solidarności swój krzyż zwróciłaby np Anne Applebaum, co media Karnowskich gładko skomentowałyby złośliwie. Równie złośliwie rozprawiłyby się, gdyby oddał swój krzyż George Soros. Gdyby do gestu dołączył np Ryszard Horowitz, cała machina medialna Kurskiego miałaby problem z wytłumaczeniem "ciemnemu ludowi", o co chodzi. A gdyby do grona dołączył Szewach Weiss, były przewodniczący Rady Pamięci Yad Vashem? A co, jeśli zrobiłby to i były dyrektor Yad Vashem Awner Szalew? Nazwiska można wymieniać długo i choćby w Polsce media narodowe sprawę bagatelizowały, na Zachodzie wrzałoby długo.
Wizerunek Polski ległby w gruzach już po trzech miesiącach rządów PiS.





Uważam, że Andrzej Duda i jego fatalni doradcy nie posuną się tak daleko. Wysyłają tylko komunikat do narodowego, antysemickiego elektoratu. To takie puszczenie oczka do polskich "patriotów", jak prymitywny atak Jedwabnem w debacie telewizyjnej z Bronisławem Komorowskim. Może się jednak okazać, że narodowy gest już teraz zostanie odebrany na świecie jako nazistowski i pogrzebie jakiekolwiek szanse na poważne traktowanie PiS przez wszystkie opcje w Stanach. A tak im na tym zależy.
Na moje wyczucie starego depeszowca, i sprawa Grossa, i wejście policji do redakcji antyklerykalnej gazety, przeszukania pomieszczeń redakcyjnych pod zarzutami kryminalnymi nie dotyczącymi firmy lecz naczelnego, będą dziś newsami z Polski.


Zło już się stało, ale ten zły sen może za sprawą PiS zmienić się w koszmar.



O polskich endekach pisze dziś również Sławomir Sierakowski.
http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/opinie/20160214/sierakowski-swiat-doceni-odebranie-grossowi-orderu


poniedziałek, 8 lutego 2016

Czy biskupi chcą cenzurować listy polskich katolików?


Biskupi polscy próbują cenzurować europejską stronę internetową Komisji Konferencji Biskupów Unii Europejskiej, ponieważ nie zgadzają się ze stanowiskiem zaprezentowanym w otwartym liście Henryka Woźniakowskiego, prezesa "Znaku", krytycznie oceniającego działania rządu PiS oraz udział polskiego kościoła w polityce ostatnich miesięcy.



Biskupi, w swoim stanowisku podpisanym przez sekretarza generalnego Konferencji Episkopatu Polski, bpa Artura Mizińskiego, zażądali wycofania listu, oceniając publikację jako "ingerencję w wewnętrzne sprawy Polski". Czy nie jest to inaczej sformułowana, ale obowiązująca od kilku tygodni retoryka zarzucająca "donosicielom gorszego sortu" wynoszenie polskich spraw na forum Unii Europejskiej? Dziwne, bo przecież Powszechny Apostolski Kościół Katolicki to znacznie starsza od UE ponadnarodowa organizacja i trudno mówić o wynoszeniu problemów na zewnątrz, raczej o zatroskaniu kościoła-matki wszystkich narodowych kościołów złym prowadzeniem się dziecka.










Aby do końca rozjaśnić spór, warto wiedzieć co nieco o autorach listów - bo to wojna nazwisk i światopoglądów, a także autorytetów skrajnie różnych środowisk.

Henryk Woźniakowski, pierwszy rzecznik prasowy rządu Tadeusza Mazowieckiego, jest obecnie prezesem zarządu Społecznego Instytutu Wydawniczego "Znak", który założył za najtwardszej komuny jego ojciec Jacek Woźniakowski - profesor, tłumacz, historyk, redaktor środowiska "Tygodnika Powszechnego", żołnierz AK. To wybitna rodzina patriotów z dziada pradziada, powstańców, inteligentów, humanistów, wywodząca się od Pawlikowskich, Kossaków, spowinowacona z Tarnowskimi, Czapskimi - słowem, to najmocniej zakorzeniona w polskim ruchu patriotycznym krakowska inteligencja katolicka, która w poprzednim stuleciu dla kościoła polskiego zrobiła więcej niż cały obecny Episkopat. Siostrą Henryka Woźniakowskiego jest Róża Thun, eurodeputowana PO, wychowana w duchu jak najbardziej chrześcijańskim, zaprzyjaźniona z wieloma autorytetami kościoła, znanymi z czasów, kiedy KK był przez władzę prześladowany, czyli jeszcze zanim zaczął władzę wspierać, np. w inwigilacji obywateli. Zarówno Woźniakowski, jak i Róża Thun działają w stowarzyszeniu "Chrześcijanie dla Europy" Initiative Christen für Europa (IXE), skupiającym organizacje i działaczy chrześcijańskich z Austrii, Belgii, Chorwacji, Francji, Hiszpanii, Holandii, Luksemburga, Niemiec, Polski, Rumunii, Słowacji, Czech, Ukrainy i Włoch. Stąd takie nerwowe poruszenie w szeregach purpuratów, których pole działania ogranicza się do listów czytanych z polskich ambon, a życiorysy w żaden sposób nie budują powagi i szacunku.

To właśnie przedstawiciele narodowego nurtu wśród biskupów: Hoser, Jędraszewski, Miziński, kształtują dziś stanowisko polskiego Episkopatu. Na bok idą nakazy ewangelicznej miłości bliźniego, kiedy instytucja wkracza na drogę polityki i bezpardonowej wojny światopoglądowej. Nikomu w Episkopacie nie przeszkadza już wieloletnia, udowodniona, dobrowolna współpraca z SB biskupa włocławskiego, o której kiedyś pisał Cezary Gmyz, skoro dziś biskup idzie ramię w ramię z polskimi przewodnikami kościoła, rozsyłając po Europie listy chwalące działania rządu i potępiające  urzędników unijnych w koślawym języku niemieckim z Google translatora. Nikt nie przejmuje się zdaniem uciszanych księży Lemańskiego i Bonieckiego, którym nie podobał się ten betonowy nacjonalizm.

Źle to się skończy dla polskiego kościoła, jak skończyła się podobna wojna z liberalizmem i "lewactwem" dla kościoła niemieckiego, który wsparł w wyborach 1932 nurt nacjonalistyczny. Przykro mi to pisać, ale tacy jak biskup Miziński prowadzą kościół na skraj przepaści.

piątek, 5 lutego 2016

Życie pełne wojen i romansów

Amerykanki siadały mu na kolanach, prosząc, by narysował ich portrety, polskie arystokratki i ich córki słuchały jak grał na klawikordzie, a ich mężowie i ojcowie zazdrościli mu talentu i odwagi, ale niestety pogardzali jego jakobińskimi poglądami.



Kontrowersje wokół Kościuszki to materiał na cały serial telewizyjny. Już samo tło obyczajowe jest ciekawe, czasy dorastania w libertyńskiej Warszawie, rozluźnienia swobody obyczajowej, gdzie kadeci byli i aktorami tego teatru i maskotkami środowiska. Swoją drogą, teatr spełniał nieco inne funkcje niż obecnie – o rozrywkowo-seksualnym charakterze wieczorów teatralnych przynajmniej jeden odcinek tego serialu.
Kościuszkowskie podboje miłosne i klęski matrymonialne to przynajmniej trzy odcinki, bo dotyczą i pobytu we Francji, i Stanów, i kraju po powrocie. Czy mogło być inaczej? Wykształcony w dworskich podbojach, recytujący, piszący wiersze, muzykalny, utalentowany portrecista, ale przede wszystkim przystojny podbrygadier, a później generał nie mógł przecież w towarzystwie oprzeć się zainteresowaniu panien i mężatek. Podobno w jednym liście potrafił zgrabnie uwodzić i matkę i córkę, nie budząc podejrzeń męża i ojca. Radził też sobie z konwersacjami w trzech językach.
Niestety, kto ma szczęście na polu bitwy, nie ma zwykle w miłości. Chociaż szybko dosłużył się etosu dzielnego wojaka, a nawet bohatera, zyskał też opinię libertyna o bogatych doświadczeniach z kobietami, na dodatek głoszącego szkodliwe poglądy społeczne. Coś w rodzaju ówczesnego cyklisty, wegetarianina i liberała popierającego imigrantów i LGBT. Dlatego jego konkury kończyły się czarnymi polewkami, mimo gorącego przyjęcia przez adorowane panny.
Kiepsko skończył się romans z zakochaną bez pamięci Ludwiką Sosnowską, później Lubomirską. Plotka z tamtych czasów głosiła, że, decydował tatuś, a związek - i nazwisko Lubomirska - musiała panna przyjąć w wyniku wygranej ojca w karty z przyszłym teściem. Jak tu konkurować o pannę z karcianym długiem arystokraty. I porwanie panny się nie udało, a Kościuszko oberwał kijami od ludzi Sosnowskiego, który ponadto był fanem partii prawdziwych Polaków i "jakobinów" traktował z buta. 


Nie układało się i po powrocie z Ameryki. Sam Stanisław Staszic, opiekun zakochanej do śmierci w Kościuszce panny Anny Zamoyszczanki, odradzał przyjęcie do familii Zamoyskich generała-libertyna. Anna została jednak Sapieżyną, nie Kościuszkową, choć podobno zaręczyny z Sapiehą miały już zostać zerwane.
Fatum jakieś prześladowało Tadeusza, ale trzeba przyznać, że przywykł do porażek i przyjmował je pięknie i pięknie te nieudane związki kultywował, już jako przyjaźnie. Obie arystokratki korespondowały z nim ciepło do końca życia.
Może warto ostatni odcinek tego serialu oprzeć na nieudokumentowanej dostatecznie i dość fantastycznej relacji Johna Quincy Adamsa, jakoby Ludwika Lubomirska ostatnie chwile życia Naczelnika w Szwajcarii spędziła przy jego łożu, a nawet wyszła za niego w tamtych dniach za mąż. Była podobno w Solurze w 1817. 
Z listów Ludwiki do Kościuszki i z pamiętników Niemcewicza układa się melodramatyczny finał serialu, korzystającego z wyjątkowo bogatego tła historycznego, wojen i pokoju w trzech krajach - Polsce-Francji-USA. Byłby to fantastyczny polski epos a’la "Północ-Południe". Marzenie - bo niestety o Kościuszce filmów mamy niewiele, wliczając odnaleziony nie tak dawno pierwszy – „Kościuszko pod Racławicami” z 1913 roku i międzywojenny obraz Lejtesa pod tym samym tytułem. Potem nic, a przecież nie mamy innych bohaterów tej miary.


 


środa, 3 lutego 2016

Inkwizytorzy mediów

Od wczoraj Radiową Jedynką kieruje Rafał Porzeziński. Niewiele mi mówi to nazwisko, więc zaciekawiony wyguglałem kilka informacji.
"Jego artykuły ukazywały się między innymi na łamach "Frondy", "Magazynu Familia", "W drodze" oraz w "Różańcu". Jego audycje i programy telewizyjne zdobywały główne nagrody na Międzynarodowym Katolickim Festiwalu Filmów i Multimediów w Niepokalanowie i na I Ogólnopolskim Katolickim Przeglądzie Programów Telewizyjnych w Łodzi. (…)
Prowadzi również warsztaty rozwoju duchowego "Wreszcie żyć" według programu "12 kroków dla chrześcijan". Napisał i zredagował zbiór rozważań różańcowych popularnych postaci życia publicznego pt. "Tajemnica Tajemnic".

itp.
Oczywiście ostatnio - jak niemal całe pospolite ruszenie "dobrej zmiany" mediów - pracował w znanej na świecie wylęgarni talentów dziennikarskich "TV Republika", której udział w rynku oglądalności w roku 2015 wynosił  około 0,04%.
Być może nagrody w Niepokalanowie to żadna rekomendacja. Być może nie znam ukrytych talentów nowego szefa Jedynki. Bardzo mi tu jednak pasuje cytat z ks. Józefa Tischnera, sprzed 20 lat. Tym bardziej głęboki i ponadczasowy, że pisał on o wszelakich polskich "dobrych zmianach", chociaż tamte przy obecnej  były jak ciche msze w bocznym ołtarzu:

"Nazywam "moralizmem" przekonanie, że "gdyby wszyscy byli moralni, byłoby lepiej ". A ponieważ "nie jest dobrze", widocznie "wszyscy są niemoralni". Moralność określa przede wszystkim krąg bezpośrednich stosunków międzyludzkich. Oto ja i mój bliźni. Nie okłamuję go. Nie zabijam go. Nie zdradzam bliźniego. Moralizm wierzy, że całe zło społeczne daje się wyprowadzić z obszaru bezpośrednich stosunków międzyludzkich. Jeśli chcemy naprawić gospodarkę i państwo, musimy naprawić stosunki bezpośrednie. Moralizm nie uznaje jakościowej różnicy między stosunkami bezpośrednimi a pośrednimi. Takie formy jak państwo czy nawet Kościół nie są dla moralizmu jednostkami autonomicznymi. Stąd ma on prostą receptę naprawy świata: trzeba "umoralnić" świat. Ma to praktyczne konsekwencje. Konsekwencją jest dochodzenie do władzy ludzi, którym wprawdzie nic nie można zarzucić z punktu widzenia osobistej moralności, którzy jednak są często zupełnymi ignorantami w sprawach gospodarki, państwa, związków zawodowych, czy środków masowego przekazu."

 Moralny ignorant - oto symbol #dobrejzmiany. Cóż jednak, kiedy tę drużynę misjonarzy i inkwizytorów "ciemny lud" zacznie osądzać po efektach ich pracy - "po owocach ich poznacie"?

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Przed upadkiem kroczy dług i propaganda

Najbardziej poszkodowana przez obecną dobrą zmianę będzie - paradoks! - grupa elektoratu najmocniej w zmianę zaangażowana emocjonalnie i aktywnie popierająca PiS. Dlaczego? 

Obiecanego cudu nie będzie, już widać, że na realizację wyborczych obietnic PiS nie ma pomysłu. Partia odsuwa w czasie wszystkie prospołeczne reformy, negocjując wysokie kredyty, głównie z Niemiec. Oczywiście 12 mld. złotych pożyczki na poczet państwowych obligacji nie zaspokoi wszystkich potrzeb, obliczonych już w kampanii przez ekonomistów na kilkaset miliardów. Będą kolejne pożyczki i podatki, które odczują przyszłe pokolenia. Na spłatę pożyczonych pod obligacje pieniędzy Polska ma 20 lat. Piszę Polska, bo przecież nie prezes Kaczyński, nie prezydent Andrzej Duda, nie rząd PiS, ale ja, ty, nasze dzieci będą spłacać zobowiązania zaciągnięte w styczniu przez rząd. W piątek w BBC mówił o tym przedstawiciel grup finansowych Niemiec Gubther Mathe w programie Eurofinancial News. Cóż oznacza przeznaczenie tych miliardów na konsumpcję, np. na program pięć stówek na dziecko, który ma kupić miłość gawiedzi do panujących władz? Otóż dług publiczny wzrośnie o 21%, a PKB w podstawie obniży się do 2,6%. I to od kogo te kredyty? Od Niemców, którym min. Ziobro wypomina winy dziadów, ale do wnuków idzie po pożyczkę.

Dlaczego napisałem, że grupa najmocniej popierająca PiS ucierpi najbardziej na tej zmianie? Bo to oni będą dźwigać największe obciążenia finansowe. To oni zostaną odcięci od kredytów konsumpcyjnych. To oni i ich dzieci staną w kolejkach do „pośredniaków”, kiedy okaże się, że firm nie stać na inwestowanie w rozwój, a koszt utrzymania stanowiska pracy wzrasta, na skutek pisowskich obciążeń podatkowych. To oczywiste, że nastąpi podwojenie obowiązków, nacisk na zwiększenie wydajności pracownika na jednym etacie, kosztem jego kolegi na drugim etacie, który zostanie zlikwidowany. Tak zareagował rynek węgierski, o czym propaganda PiS milczy, tak zareagowały na politykę konsumpcji bez pokrycia rynki pracy Grecji i Hiszpanii.


Ci najbardziej ufający dobrej zmianie, głoszący misję PiS w mediach, aktywnie opluskwiający wszystkich krytyków rządu Szydło, staną się pierwszymi ofiarami rewolucji. Propagandowy ton i manipulacje w publicznej TVP uderzyły wiele osób, tak nagle i z tak wielką siłą, że coraz częściej słyszę, nawet od ludzi krytykujących media ostatnich lat, że nie oglądają już TVP Info. To widzowie pamiętający "Dziennik Telewizyjny", Tumanowicza, Barańskiego, Urbana i Falską, ale też młodzież, która swój krytyczny stosunek do władzy dopiero buduje. To inna młodzież niż w latach 80. Oni mają inną optykę, często patrzą poza Polskę, słuchają obcojęzycznych kanałów TV, z trudem samodzielnie szukają argumentów, które pokolenia solidarnościowe już znają. Ale często też gubią się w fałszywych komunikatach i celowym szumie informacyjnym. Ci właśnie nie wybaczą kłamstw, kiedy ponad sterowaną z Żoliborza narrację i naiwne przekazy dnia wypłynie prosta logika i liczby. A w matematyce PiS wypada słabiej niż w działaniach czarnego i białego PR.





Porównywanie KOD, do maszerujących weteranów SS i SA - jak ostatnio pisał Ziemkiewicz - wróci rykoszetem w stronę reżimowych najemników, bo rynku nie oszuka się "dziadkami z Wehrmachtu", zaklęciami i obietnicami na kredyt, spłacany przez młodzież. Ci młodzi szybko zestawią prawie 60% bezrobocie absolwentów w Hiszpanii z rosnącym zadłużeniem Polski. Policzą koszty populistycznych decyzji i wystawią opinię pani premier, która nawet jako wójt małej miejscowości pozostawiła swoim wyborcom długi. A apostołowie tej rewolucji: RAZ, Kurski, Ziemiec, Rachoń i inni aktywnie sortujący Polaków na gorszy i lepszy sort, zostaną przez własny obóz wypluci, kiedy wiatr ekonomii każe politykom rzucić się do steru i wykonać nagły zwrot. Oni pierwsi wypadną za burtę, bo będą się źle kojarzyć "suwerenowi", który rozdaje mandaty do sprawowania władzy.

Przed upadkiem kroczy dług i nachalna propaganda. Zachęcam do obejrzenia Dziennika z lat 80, wszystkich tych, którzy nie pamiętają tamtego stylu, ale również zachęcam te młode wilczki, zwoływane do pracy w TVP Info przez Rachonia. Uczcie się, bo wasz styl propagandowy raczej zmierza w stronę mediów Saddama Husseina i Urbanowi do pięt nie dorastacie, chociaż narracja o finansowaniu opozycji bardzo zbliżona.




poniedziałek, 7 grudnia 2015

Cui bono - czy w interesie Polski?

Prezydent USA John Kennedy musiał jako katolik wyraźnie odciąć się w kampanii od polityki kościoła i zastrzec, że urząd POTUS jest gwarantem swobody i różnorodności wyznań. Republikanie w walce wyborczej otwarcie nazywali go agentem obcego mocarstwa - Watykanu. 

W Polsce bycie obcym agentem to w pewnych kręgach honor od czasów kardynała Hozjusza.
Przypomnę, że Stanisław Hozjusz to bardzo dwuznaczna postać naszej historii. Zapisał się jako wielki cenzor dzieła Andrzeja Frycza Modrzewskiego "O naprawie Rzeczypospolitej", o którym uczymy dzieci, że było próbą ratowania państwa przez światłego człowieka renesansu. To właśnie Hozjusz nie pozwolił na wydanie dwóch ksiąg utworu, niewygodnych dla kościoła, ale ważnych dla reformującego się ustroju Polski. Zwalczał myśl i osobę Frycza wszelkimi metodami. Zorganizował nawet na niego zamach, w imię Boga oczywiście, na szczęście nieudany. Wcześniej zasłynął jako urzędowy inkwizytor diecezji pomezańskiej, piętnujący odstępców od jedynej prawdziwej wiary. Był wrogiem liturgii w językach narodowych, bo "ciemny lud" musi czuć respekt przed niezrozumiałymi zaklęciami liturgii łacińskiej. Generalnie w swoich pismach sprzeciwiał się edukacji ludu, nad którym łatwiej zapanować, jeśli mniej rozumie. Skąd my to znamy? Napisał kiedyś: "Wprawdzie apostoł Paweł nakazał, by nabożeństwa odbywały się w języku zrozumiałym dla uczestników, jednak Kościół nie jest zobowiązany tych nakazów przestrzegać, gdyż ma moc je zmieniać". Skąd my znamy ten relatywizm w imię misji?
W Polsce był znienawidzony przez mieszczan, szlachtę i króla za otwarte uprawianie polityki, godzącej często w interesy tolerancyjnej Rzeczpospolitej i jej stanów tak różnorodnych w wyznaniu, językach i poglądach. W Watykanie za to rósł w zaszczyty i godności - przewodniczył jako kardynał soborowi trydenckiemu, był nawet kandydatem na papieża podczas konklawe w 1565 roku. Rozbijał wszelką swobodę myślenia w polskim kościele. Zżymał się nawet na listy po polsku pisane do niego przez polskich biskupów. Łacina była jego "językiem ojczystym". Nadal, już 500 lat, trwa proces beatyfikacyjny tego agenta obcego wpływu, a do jego grobu w Rzymie jeżdżą z Polski pielgrzymki.

Prezydent USA, katolik, stanął na straży prawa do różnorodności światopoglądów. W projekcie konstytucji PiS z roku 2010 Art. 5. brzmi: "Rzeczpospolita Polska jest państwem jednolitym". Co to oznacza?
Prezydent RP urzędowanie zaczyna celebrą w katedrze, w pierwszym miesiącu, wśród stolic europejskich  odwiedza Watykan i wysyła czołobitne listy do zakonnika, którego radio pomogło prezydenckiej partii zdobyć władzę. Minister MON na stronach internetowych ministerstwa ogłasza komunikaty Radia Maryja. Prezes rządzącej partii ogłasza, że "dłoń podniesiona na Kościół Katolicki, to dłoń podniesiona na Polskę", a minister polskiego rządu składa hołd lenny przed kamerami:


czwartek, 26 listopada 2015

Silny mandat społeczny

Nie to, żebym na siłę szukał argumentum ad Hitlerum, ale właśnie wczoraj córka zapytała mnie, kto tak zaprojektował trzy książki, jakby były jedną. I wyjąłem z półki zakurzone "Dzienniki 1918-36" Tomasza Manna. Oczywiście rok 1933 w całym tym zestawie wydał mi się najbardziej interesujący. 



Mann opuścił Niemcy, jest już w Szwajcarii, zapisuje przemyślenia na temat przewrotu demokratycznego (tak! w pełni demokratycznego w rozumieniu demokracji będącej wyrazem woli narodu), który odbył się właśnie w Niemczech. NSDAP zdobyła 37% poparcia Niemców w wyborach 1932 i silny mandat do stworzenia rządu, Hitler od stycznia jest kanclerzem. Po pożarze Reichstagu partia wprowadza w życie tzw dekret „o ochronie narodu i państwa", zawiesza kontrolę sądów nad działaniami policji, wprowadza cenzurę i kontrolę rozmów telefonicznych. W efekcie tej przyspieszonej "reformy" w marcu 33 NSDAP zdobywa 44% i unieważniając mandaty opozycji wprowadza specjalne uprawnienia dla rządu, który ma już pełną władzę bez kontroli ze strony parlamentu. Tyle wstępu, Mann pisze w kwietniu w Lugano:


1.
"Jak ukazuje przypadek monachijski, jest to sprawa istotna, nienawiść sprymitywizowanych umysłów do subtelnych odcieni, które ze swej istoty są uważane za antynarodowe i irytujące, a nawet budzą żądzę mordu. Ta rewolucja chlubi się, że przebiega bezkrwawo, ale jest przy tym bardziej przepojona nienawiścią i bardziej żądna mordu niż jakakolwiek w przeszłości. Jej całą istotę nie stanowi, choć mogłoby się człowiekowi wydawać, uwznioślenie, radość, wielkoduszność, miłość, które zawsze dałyby się pogodzić z wieloma ofiarami krwi, poniesionymi dla wiary i przyszłości ludzi, lecz nienawiść, urazy, zemsta, podłość. Rewolucja mogłaby być dużo bardziej krwawa, a świat by ją mimo to podziwiał, gdyby była przy tym piękniejsza, jaśniejsza i szlachetniejsza. Świat pogardza nią, co do tego nie ma wątpliwości, i kraj jest izolowany. Przy tym brak zrozumienia dla moralnych imponderabiliów. Tylko ten uchodzi za mądrego, kto wierzy jedynie w politykę silnej ręki, a debatę w Izbie Gmin uważa za manewr. A to stanowi właśnie największą głupotę."




2. Kilka dni później:
"Niewyczerpana, nie dająca się zakończyć rozmowa o zbrodniczym i budzącym obrzydzenie szaleństwie, o sadystycznych, chorobliwych typach ludzi, którzy obłąkańczymi i bezwstydnymi środkami osiągnęli swój cel absolutnej, nie tolerującej żadnej krytyki władzy... Dwie możliwości ich obalenia: finansowa katastrofa albo konflagracja w polityce zagranicznej. Głęboka tęsknota za tym, gotowość do każdej ofiary, każdego cierpienia. Żadne zniszczenia nie byłyby zbyt wysoką ceną za zniszczenie tych szumowin podłości! Niemcom było pisane zainscenizowanie rewolucji, jakiej jeszcze nigdy nie widziano: bez idei, przeciw idei, przeciwko wszystkiemu, co wyższe, lepsze, uczciwe, przeciwko wolności, prawdzie, prawu. Jeszcze nigdy ludzkości nie wydarzyło się coś podobnego. Przy tym niesłychany entuzjazm mas, które wierzą, że rzeczywiście tego chciały, podczas gdy faktycznie zostały tylko w szalenie sprytny sposób oszukane, czego jeszcze nie są w stanie sobie uzmysłowić."



Cóż dało im wtedy taką władzę? Wola narodu, potrzeba zmian, wódz z charyzmą, przemawiający prosto do serc, grzmiący na złodziei, ostrzegający przed obcą kulturowo mniejszością, zapewniający, że społeczeństwu należy się cała władza i jeszcze jedno… wmanewrowany w wybory Kościół katolicki, który poparł listę wyborczą faszystów, wierząc, że to jedyna siła, która ochroni przed lewicową zarazą i poprze konkordat. Tym bardziej przykro mi, jako katolikowi, że historia niczego nie uczy.

piątek, 23 października 2015

Razem czy osobno

Podobno partia RAZEM strzeliła w górę w statystykach Facebooka i Twittera po przedwyborczej debacie. Nie dziwię się, 90% postów brzmiało pewnie "co to za RAZEM", a 10% "tym RAZEM czerwona garsonka"

Jej lider, Zandberg awansował na idola internetowego po trzech zdaniach w debacie! Pół roku temu achy nad Kukizem, który dziś jest pośmiewiskiem. Za pół roku owce odkryją, że Zandberg cytuje Fidela Castro. Problem w tym, że przez ten czas podpompują budżet towarzyszom spod portretów Che Guevary dotacją, która należy się po przekroczeniu progu 3% w wyborach parlamentarnych. I dzieci Fidela będą krzyczeć głośniej i robić wodę z mózgu wczorajszym gimbusom, zyskującym prawa wyborcze.

Kto sieje wiatr, zbiera burzę. Kto przemawia pod portretem Che i nosi koszulkę z Marksem, ten chyba sam określa się jako komunista. Dalej mu już do socjalistów. Próba nadania temu ruchowi roli katalizatora świadomości inteligenckiej, z jej wrażliwością społeczną i dążeniem do "być", w kontrze do liberalnego "mieć" nie ma też sensu. Opozycja "mieć" czy "być" od dawna nie klasyfikuje ludzi na bogatych i biednych. Powiedziałbym, że ostatni raz udało się tym hasłem zabłysnąć w 1968. Może faktycznie przeżywamy społeczne deja vu, bo większość fanów Razem to dwudziestolatkowie, którzy 68 nie pamiętają, może nawet nie wiedzą o tamtych zrywach na Zachodzie i w moim postrzeganiu nie aspirują do kategorii "być", tylko raczej "chcę mieć". 

Nie trafiają do mnie argumenty, że to nowa lewica. Żadna różnica, stara, czy nowa - ta jest nawet bardziej szkodliwa, bo stara rumieniłaby się ze wstydu, cytując niemal słowo w słowo czerwonych morderców sprzed 50-60 lat. Pachnie mi to obrońcami proletariatu z Czerwonych Brygad czy Action Directe, jeszcze nie na tyle radykalnymi, aby polskich burżujów mordować. Wystarczy odebrać im 75% zarobków i oddać tym, którym się należy, wyłącznie z racji niskich zarobków… i z racji oddanych na Razem głosów.

Przypomniała mi się opowieść Rogera Moore’a, który jako dziecko naprawdę biedował, a kiedy doszedł już do sławy i majątku, żebrzący o głosy proletariatu Labourzyści postanowili odbierać mu co roku ponad 80% honorarium. Moore oczywiście spakował walizy, wsiadł w samolot i wyniósł się do Monako, gdzie spotkał dziesiątki innych "ambasadorów" Zjednoczonego Królestwa. Pracowali na całym świecie, na wszystkich kontynentach, z jakiej więc racji mieli oddawać 80% do budżetu rządu UK, który i tak te pieniądze rozdawał bez sensu. Wniosek, nawet proletariat jest wrogiem takich pomysłów, jeśli już zarabia i ma się dochodami dzielić. Wpływy z tych 75% podatków proponowanych przez młodocianych socjalistów z Razem byłyby żadne, straty ogromne, bo cała śmietanka artystyczna, właściciele spółek dochodowych branż, wynieśliby się z Polski. Generalnie mielibyśmy tu Kubę, gdzie wszyscy są równi w biedzie, ale przekonani, że towarzysz Zandberg dał im sprawiedliwy ustrój. Fidel też był elokwentny, pewnie "zaistniałby" w debacie. Jak kubańskie "razem "zamieniło się w "osobno", wszyscy wiedzą.


piątek, 21 sierpnia 2015

Polityczny włam na rympał

Czytam pytania referendalne, proponowane przez Dudę i na mój magisterski rozum świadczą niestety o tym, że tytuły doktorskie UJ rozdaje pochopnie. A podobno logika jest podstawą prawa. 

1. Co znaczy "czy jesteś za utrzymaniem dotychczasowego funkcjonowania lasów państwowych"? Czy chodzi o wstrzymanie jakichkolwiek reform, które mogłyby ukrócić kradzieże drewna, dziki wywóz śmieci, poprawić gospodarkę łowiecką, budowę dróg przeciwpożarowych? CO ZA GENIUSZ TO NAPISAŁ? Ekspert biometrii leśnej Cieszewski z grupy Macierewicza? Pytanie ma być konkretne i jednoznaczne.

2. Czy pan Duda wie, kiedy wynikiem koniunkcji zdań jest zdanie prawdziwe? Oba pozostałe pytania referendalne są typowymi logicznymi koniunkcjami - jestem za pierwszą częścią, jestem przeciw drugiej, czyli jestem na NIE. Kto mu to napisał? Ekspert od blefowania Rońda? Nie można wymagać odpowiedzi tak lub nie na dwa pytania zawarte w jednym zdaniu złożonym ze zdań równorzędnych, z których każde może wymagać innej odpowiedzi.

3. Komu w kancelarii zależy na kompromitacji prezydenta? Pomysł kolejnego niepełnosprytnego ze sztabu PiS - jeden termin, jedna komisja. Nie każdy wyborca chciałby, żeby szwagierka sołtysa z PiS siedząca w komisji, wiedziała, że on i jego rodzina nie biorą kart do głosowania w referendum. Przecież biorąc kartę podnosimy frekwencję, istotną dla ważności referendum? Gdzie prawo do tajemnicy. Czy to znaczy, że PiS będzie teraz wszystkim patrzył przez ramię w karty wyborcze? Moźe głosujmy przez aklamację, jak na zebraniach komórki zakładowej PZPR. Jawnost, głasnost, pieriestrojka!
Kpina z wyborców, z demokracji, ubrana w misjonarskie frazesy. Zwykły prymitywny włam na rympał. Nawet finezja wywodów Mastalerka nie jest w stanie nadać logicznego wymiaru tym topornym próbom wykiwania Polaków.