czwartek, 9 marca 2017

365 rocznica liberum veto

Aparat partyjny PiS, zajmujący się budowaniem wizerunku Polski i przekuwaniem w rzeczywistość bajki o Międzymorzu, postanowił uczcić dziś, 9 marca, rocznicę LIBERUM VETO i przypomnieć o starej polskiej tradycji całej Europie, jak przypomniał z taktem o tradycyjnie polskich widelcach.


Tak się złożyło, że właśnie w dniu 9 marca 1652, po raz pierwszy zerwał Sejm używając liberum veto, poseł województwa trockiego, Władysław Siciński, klient Janusza Radziwiłła (z tych Radziwiłłów).  Dziś, ku czci warchołów wyklętych, Beata Szydło zamierza odmówić złożenia podpisu w imieniu Polski pod dokumentem przedłużającym kadencję przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska. Na forum Europy krzyknie pewnie: „veto, nie pozwalam na Tuska, jakem Szydło!”. Żadnych ustępstw! Kto to słyszał, żeby Polak, którego nie lubi Kaczyński, był szefem Rady Europejskiej, lepiej niech to będzie jakiś Irlandczyk, Włoch, Prusak lub Austriak. Lepiej obcy, niż znienawidzony sąsiad, który osiem razy obił nasze sługi i z którym mamy proces o miedzę. Lepiej niech nam pomoże budować ustrój Putin lub Łukaszenko.
O tak, tam rząd PiS jest skłonny na daleko idące ustępstwa. Nie tak dawno przesłaliśmy zaprzyjaźnionym monarchom ze wschodu dowody uniżonej i niegasnącej sympatii, likwidując niewygodną dla nich telewizję Biełsat. „Ja nie chcę grać z Białorusinami. Ja chcę się z nimi ułożyć. Czy po 10 latach funkcjonowania, Biełsat polepszył relacje polsko-białoruskie?" - powiedział grający na wielu fortepianach szef polskiego MSZ po dobrosąsiedzkiej wizycie u Łukaszenki.

Czy może być wyraźniejszy sygnał, w którym kierunku PiS prowadzi Polskę? To oczywiste, że trwanie przy władzy i profity dla tysięcy partyjniaków zapewni wyłącznie system zbliżony do wschodnich autokracji. Unia Europejska, ze swoimi kartami swobód obywatelskich, z gadaniem o państwie prawa, z jakimś monitorowaniem procedur praworządności, zupełnie do stylu uprawiania polityki przez PiS nie przystaje i prędzej czy później mogą być kłopoty z opowiadaniem światu, jaka to pisowska Polska jest demokratyczna, że wybory nie były ustawione, że media publiczne nie są upartyjnione. Łukaszenka o to nie zapyta, z wyrozumiałością przyjmie polską delegację, której już nikt w Europie nie będzie traktował poważnie po dzisiejszym publicznym samobójstwie.





Jaka piękna katastrofa - powiedziałby Grek Zorba.  Z wielkich obietnic i idei Międzymorza, silnej grupy krajów V4, nie pozostało nic. Czechy, Słowacja i Węgry rozumieją doskonale rację stanu poprzez interes całego kraju, gospodarki, przedsiębiorców, możliwości rozwoju różnych grup społecznych, nie jako wyłączny interes grupy kolesi partyjnych. Nasi południowi sąsiedzi wiedzą, że tysiące nici łączących gospodarkę krajów Unii gwarantują stabilność tylko wtedy, kiedy nie szarpią nimi nieprzewidywalni politycy, żyjący złudzeniami i fobiami.
Polityka podpierania się klakierami partii eurosceptycznych i awanturników Nigela Farage’a, nie przyniosła żadnych korzyści, a raczej osamotnienie w Europie po Brexicie. Pokrzykiwanie do Trumpa – gdzie obiecane zniesienie wiz dla Polaków – ma taki sam sens, jak przypominanie Dudzie przysięgi na Konstytucję i deklaracji, że będzie „prezydentem dialogu, porozumienia i rozmowy, który z troską i zrozumieniem odnosi się do każdego obywatela”.
Zaproszenie do piątki najsilniejszych państw UE, wystosowane przez Angelę Merkel, zostało podobno przez Beatę Szydło odrzucone. Jeśli to prawda, byłoby to zdradą stanu i pachniało trybunałem. Wszystkie działania dyplomatyczne PiS kończą się fiaskiem, choć TVP obwieszcza sukces. I to również zbliża nas do Mińska i Moskwy. Partia będzie tak długo karmić suwerena propagandą, dopóki ludzie nie zorientują się, że to nie oni wybierają władze, ale ustalone przez aparatczyków procedury, sprzyjające swojakom, niszczące na wszelkie sposoby opozycję. Najemne media, zastraszone sądy, wódz utrzymujący w narodzie poczucie zagrożenia zewnętrznego i wewnętrznego i zacierający ręce władca Kremla. Witajcie w Polsce, jaką opisywał Słowacki: 
„Pawiem narodów byłaś i papugą;
A teraz jesteś służebnicą cudzą”

wtorek, 31 stycznia 2017

Wendeta miernot

Pan Kaczyński nie miał dwumiesięcznego dziecka, kiedy esbek zaprosił go na rozmowę. 

Nie miał nawet rodziny „Twierdził, że nie interesują go sprawy materialne, kobiety, np. nie zależy mu w przyszłości na posiadaniu rodziny.” - pisał w raporcie kapitan Spitalniak. „Zapytałem się, czy współpracę ktoś mu uprzednio proponował, bo ja nie. Odpowiedział, że nikt. (...) Ustnie zobowiązał się do przestrzegania przepisów wynikających ze stanu wojennego.”
Bez straszenia, krzyku, szantażu, bez internowania.

Dziś pan poseł Kaczyński dyryguje znów całym aparatem opresji, rekompensując sobie swoją małość w tamtych czasach, kiedy okazał się nie na tyle odważny, aby zamknęli go w internacie.
Dziesięć lat wcześniej, przed cytowanym raportem esbeka z rozmowy z Kaczyńskim, kiedy metody esbeckie były proste jak pała, a raporty mniej wyrafinowane, dwudziestosześcioletni robotnik, mieszkający kątem z żoną i dwumiesięcznym dzieckiem, dał się zastraszyć. Skoro jednak wyrwał się spod kontroli tamtego esbeckiego aparatu i przeprowadził Polskę przez „morze czerwone” w latach 80, dlaczego ma się teraz komuś tak marnemu jak Kaczyński tłumaczyć?
Komuś, kto za cel postawił sobie wymazanie najważniejszych z wywalczonych wtedy postulatów Sierpnia 1980. Kto znów oplata kraj pajęczyną aparatczyków partyjnych, kto odebrał wolność dostępu do informacji, kto upartyjnił media i doprowadził do obrzydliwego kultu jednostki, a teraz zapowiada oddanie sądów w ręce partyjnych towarzyszy.

Rządy sierot po PRL i prokuratora Piotrowicza, który dziś zasłania się partyjną legitymacją PiS, jak dawniej PZPR, skończą się kiedyś. W książkach zostanie ten sam Lech Wałęsa z bramy Stoczni, ale rozdział Kaczyńskiego, o którym w czasach bohaterów nie napisano wiele, dopiero się pisze. Nie napiszą go wynajęci pseudohistorycy, którym teraz Kaczyński płaci urzędami i promocją książek przed kamerami upartyjnionej TV na konferencjach upartyjnionego IPN. Nasze dzieci będą uczyć się o krótkim epizodzie hańby w historii Polski, kiedy oszukany naród zawrócił z drogi rozwoju i popadł w ruinę, wyłącznie dla zaspokojenia chęci zemsty jednego zawistnika.


Wałęsa dołączy do innych niedoskonałych polskich bohaterów. Do Jana III Sobieskiego - zdrajcy, który stanął po stronie króla szwedzkiego Karola Gustawa, a potem zasłużył na chwałę. Do Józefa Piłsudskiego - agenta opłacanego przez wywiad japoński Kempeitai, wywiad austro-węgierski K-Stelle i prawdopodobnie wywiad niemiecki, który potem zasłużył na ulicę w każdym polskim mieście. Do Romualda Traugutta, podpułkownika armii carskiej, który walczył za wielką Rosję, odznaczonego orderem św. Anny za wojnę krymską. Torturowany oddał potem życie za wolną Polskę w warszawskiej cytadeli.


I mają pomniki. 

I Lech Wałęsa również będzie miał.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Amputacja


Szkoda mi czasu na czytanie wrednych przepychanek na konkurencyjnych grupach KOD, które chyba są zbiorami przenikającymi się, bo nie ma dnia bez awantur i lania po mordach. W obu działają murarze i grabarze. Czasem coś mi się zaplącze na tajmlajnie i przeczytam te pyskówki, a wtedy ręce mi opadają. 
 
 
Ruch, który stanowił zdrowy, działający organizm rozkłada się, jak pod działaniem pajęczego jadu. Od środka.
Dlatego nie muruję, nie kopię grobu, wolałbym jednak, żeby ten ruch przeżył, nawet jeśli będzie potrzebny chirurg.
Zgadzam się i z Andrzejem Celińskim, i z Jackiem Żakowskim, i z Leszkiem Balcerowiczem, i ze Zbigniewem Hołdysem, i z Władysławem Frasyniukiem, że przetrwanie całego organizmu zależy od udanej amputacji. Wiem, że to głosy z zewnątrz. Ja rozumiem przywiązanie do ręki, rozumiem, że pająk sobie upatrzył, rozumiem, że ręka niewinna (brała, czy nie, w rękawiczce, czy goła), ale ukąszona. I finito.
Całe ciało ledwie zipie i za chwilę po prostu przestanie funkcjonować. A musi, bo dokoła hula wojna. Niestety nie ma na tę wściekliznę na FB surowicy, na typowo polską zawiść i plemienne instynkty, które budzą się zawsze w podobnych okolicznościach. A jest fatalnie - są dwa KOD-y. Mam wrażenie, że nie skończy się to po wyborach. Że autonomiczne regiony nie będą już jednym ruchem stawiającym się jak jeden mąż na wezwanie do Warszawy. Że zarząd główny może zszyć to rozdarcie tylko w jeden sposób - jeśli dokona się nowe otwarcie i ojcowie założyciele pozostaną autorytetami w swoich regionach, a na czele ruchu pojawią się ludzie z nową energią, nowym pomysłem, budujący nowy wizerunek.

Trudna decyzja, odkładająca na bok sympatię i empatię. Amputacja.

niedziela, 29 stycznia 2017

Orwell miał rację – Polska po udarze

Paraliż! 
Wszyscy, którzy powinni mówić z racji ponadprzeciętnej zdolności przekonywania, popadli w hipnozę. Nie widzą lub nie potrafią zatrzymać postępującego bezwładu. Inni, na fali ludowego wkurwu lub patriotycznego uniesienia, weszli na wysokie obroty - to ich czasy. Na stan psychiczny jednych i drugich ma wpływ ten sam człowiek - Wielki Brat.


Wojenna retoryka Kaczyńskiego wzmaga zaplanowaną psychozę. Cel jest oczywisty - podczas walki akceptowalne są środki specjalne, społeczeństwo zaangażowane w konflikt dostosowuje się do wymagań państwowego aparatu bezpieczeństwa i inwigilacji. My mamy już nienazwany z imienia stan wyjątkowy, psychologiczną wojnę pozycyjną, a stan wyjątkowy wprowadza się przecież zawsze dla dobra obywateli.


„Wojna jest pokojem” - Orwell miał rację
Z kim ta wojna? Z każdym, kto wyda się na tyle silny, aby stanowić zagrożenie dla politycznych ambicji Kaczyńskiego i jego partii. Uderzenia następują z wyprzedzeniem i omijają słabszych krytyków. Zawsze trafiają najsilniejszego - maszerujący tłumnie KOD, rosnącą Nowoczesną, orzekający zbyt uczciwie Trybunał Konstytucyjny. Za moment na celowniku będzie stacja telewizyjna, sędziowie KRS, poszczególni samorządowcy. Po co te ataki? Mają wytworzyć wojenną psychozę, poczucie zagrożenia i eskalować napięcie w zwykle niezaangażowanych grupach społecznych. Strach przed obcymi, wojna z "niemieckimi mediami”, „zdrajcy narodu”, „odbiorą wam 500+”, „puczyści i warchoły” - to retoryka, która sprawdzała się nie raz w PRL, sprawdza się i dziś. Trafia w najbardziej wrażliwe obszary psychiki - troskę o dom, rodzinę, podstawy materialnej egzystencji. Jest narzędziem manipulowania tłumem od wieków. Wojenna psychoza usprawiedliwia inwigilację, usprawiedliwia wycięcie z Trybunału Konstytucyjnego sędziów, którzy mieli własne zdanie, usprawiedliwia zawieszenie podstawowych praw obywatelskich i Konstytucji. Jest już przyzwolenie, aby zajrzeć każdemu do skrzynki mailowej, wolno ograniczyć handel ziemią, zabronić relacjonowania wydarzeń w Sejmie, odebrać dostęp do mediów niewygodnym politykom, wolno uznać za obrońcę narodu łysego wyrostka z opaską na rękawie, który jeszcze nie tak dawno, nazywany był wprost - neofaszystą. Cel uświęca środki, a celem jest stworzenie nowego państwa na gruzach starego.
 



„Wolność to niewola”
Powstaje państwo neofeudalne - bazujące na systemie lennej podległości. Suweren (fr. souverain, najwyższy, suwerenny), jak nazwano przewrotnie elektorat, w rzeczywistości stoi najniżej w hierarchii, na której szczycie znajduje się autentyczny jednowładca - Wielki Brat, podejmujący decyzje samodzielnie, poza dyskusją i rozliczający wasali z wykonywania jego poleceń. Społeczeństwo nie ma nic do powiedzenia, jakikolwiek protest jest natychmiast deprecjonowany, jego autorzy poniżani i spychani poza margines. Jakakolwiek krytyka jest przez podległe media przedstawiana jako zdrada interesu narodowego i piętnowana - nauczyciele, kobiety, ekolodzy, trzeźwi ekonomiści nie są traktowani jak partnerzy. Struktura ta i mechanizmy władzy doskonale wpisują się w model stworzony przez George’a Orwella w „Roku 1984”, gdzie funkcjonuje partia wewnętrzna, stanowiąca od 2 do 4% populacji i partia zewnętrzna (13%), składająca się ze służb, propagandystów, tysięcy aparatczyków, uzależnionych poprzez wprowadzenie ich tylnymi drzwiami do spółek i instytucji, pozbawionych kompetencji zawodowych, ale tym bardziej pilnujących interesu partyjnego. Ich entuzjastyczne oddanie sprawie jest dla nich jedyną gwarancją przetrwania w kręgu uprzywilejowanych. Reszta społeczeństwa to „ciemna masa”, poddawana codziennemu praniu mózgów przez media. „Środki masowego przeczyszczenia”, dbają, aby władca i dwór - partia wewnętrzna, przedstawiani byli w samych superlatywach, jako zbawcy narodu, miłujący wolność i demokrację. Najniższa warstwa „proli” żyje w poczuciu względnej wolności i bezpieczeństwa - mogą wyznawać religię, uprawiać hazard, dyskutować na FB i w realu, wyciąć drzewo pod domem, odstrzelić sarnę lub żubra, jeśli rozwija to ich hobby. Co chwilę media utwierdzają ich w przekonaniu, że opiekuńcza partia przygotowuje dla nich kolejny program „plus”, który zaspokoi ich podstawowe pragnienia, aby nie odczuwali pokus emancypacji z tłumu i buntu.


 
„Ignorancja to siła”
Partia zewnętrzna wytwarza własne reguły komunikacji i własny język, pozwalający skutecznie unikać odpowiedzialności za słowa. Cały świat pojęciowy jest przecież odwrócony, wojna jest pokojem, wolność - niewolą, ignorancja - siłą. Sztuka wyznawania dwóch sprzecznych poglądów i wierzenia w oba naraz pozwala przetrwać i wypowiadać się do mediów bez poczucia winy, że fałszuje się fakty. Można mówić o „człowieku wolności”, odbierając jednocześnie wolność przepływu informacji i wyrażania opinii, leżące u podstaw Karty praw podstawowych. Członkowie partii zewnętrznej żyją w ciągłej obawie przed ewaporacją - wymazaniem. Sprzeniewierzenie się ideałom partyjnym, popełnienie tzw „myślozbrodni”, kończy się zniknięciem. Każdy, kto o tym zapomniał, jest usuwany ze strumienia historii. Od nowa piszemy życiorysy najważniejszych towarzyszy partyjnych, wycieramy ich udział w wydarzeniach wstydliwych lub zbrodniczych, a przypisujemy im to, co podnosi ich wartość w oczach narodu. Któż tam za dwie kadencje wypomni prokuratorskie grzechy stanu wojennego, czy służbę nie po tej stronie barykady w Gdyni w 1970. Kto będzie wiedział, że wyklęty mordował Żydów i zakładał MO na Podhalu. Służy do tego cała machina, armia pseudo historyków, plany nowych publikacji, reformy edukacji, wyhodowanie neokultury i niezdegenerowanej sztuki.
 
„O wiele istotniejszą przyczyną manipulowania przeszłością jest ochrona nieomylności Partii. Należy ustawicznie aktualizować przemówienia, statystykę i wszelkie zapisy, aby służyły za dowód, iż sprawdzają się wszystkie partyjne prognozy. Nie wolno się także przyznać do jakiejkolwiek zmiany dotyczącej politycznych sojuszy lub spraw doktrynalnych. Każda bowiem zmiana czy to poglądów, czy choćby polityki uchodzi za przejaw słabości. (…) Jeżeli z faktów wynika co innego, fakty należy zmienić.”
Jeśli PKB nam spada, informujemy, że jednak rośnie, bo PKB rządów poprzedników było niegodziwie zawyżane. A pragmatyczni medialni specjaliści od dwójmyślenia chwytają ten przekaz dnia w lot i niosą pod strzechy.
 
Partia wewnętrzna ma pozostawać na Olimpie, niedostępna dla śmiertelników, za kotarą, poza zasięgiem kamer, nawet tych przemysłowych.
 
Najbardziej jednak tajemniczą postacią jest sam Wielki Brat. Samotny, nieomylny, oszczędny w gestach - palec na usta i mikrofon przed nosem nielubianej posłanki na mównicy wyłączony. Już samo to, że nielubiana przez Wielkiego Brata posłanka może mówić, powinno być uznane za przejaw łaski i demokracji. W końcu u Orwella nie ma żadnej opozycji.
I u nas też nie będzie, jeśli zlekceważymy te sygnały i zaczniemy się w tej Polsce po udarze, paraliżowanej nerw po nerwie, urządzać.

Zapisz

środa, 13 lipca 2016

To jest miś na miarę naszych możliwości

Wielki kontrreformator Jacek Kurski odtrąbił sukces na konferencji dla bożych owieczek oglądających jeszcze jego TV PiS, jakoby bezkonkurencyjna telewizja rządowa wygrała z Polsatem. Śmiech mnie ogarnia, bo Polsat na transmisjach zarobił na czysto 34,1 mln zł, a telewizja PiS dołożyła do interesu 20 mln zł. 

Kurski chwalił się jednak nie kasą, ale oglądalnością, bo wiadomo, że tylko z tego rozliczy go wódz, choćby umoczył budżet spółki na grube miliony. Jednak kiedy popatrzyłem na wyniki oglądalności Euro 2012, gdzie polskie orły Franca Smudy odpadły, ku rozpaczy reklamodawców, już w fazie grupowej, to wtedy oglądalność była znacznie wyższa niż teraz. Mecz Polska-Rosja najpopularniejszy wtedy w TVP oglądało ponad 14 mln osób, w tym roku najpopularniejszy - Polska-Portugalia tylko 8 mln. Średnia wszystkich transmitowanych spotkań w 2012 wyniosła prawie 8 mln, teraz - jeśli dobrze liczę - nieco ponad 5 mln. Inne były koszty transmisji, warunki promocji, godziny meczów, niewielka część fanów uczestniczyła na żywo, na polskich stadionach, nie przed ekranami TV, ale jednak najpopularniejsze występy Małysza też oglądało więcej telewidzów niż tegoroczny "sukces" Kurskiego. Gdzie więc ten sukces?

Na stronie KRRiT jest wszystko rozpisane w tabelkach: http://www.krrit.gov.pl/Data/Files/_public/pliki/publikacje/mistrzostwa-europy-w-pilce-noznej---podsumowanie.pdf

Bierzcie i czytajcie, póki PiS nie skasuje, jak zrobił to z materiałami dowodowymi komisji badania wypadków lotniczych, które nie były partii na rękę. Zdaje się, że pan Kurski próbuje zaklinać rzeczywistość. Chłop z Lubelszczyzny uwierzy w sukces, zakon PC - nie. Moim zdaniem, gdzieś tam w Warszawie chodzi już po instrukcje do komitetu centralnego nowy prezes TVP.

środa, 27 kwietnia 2016

Nazi Show

Po wczorajszym "Nazi Show" Pospieszalskiego mam ponure refleksje. Manipulant, który krzyczał o białoruskich standardach, kiedy wstrzymano mu jawnie propagandowy odcinek programu w - jego zdaniem - obcej TV zniewolonego kraju, dziś realizuje partyjne zlecenia we własnej TVP, z której wyrzucono wszystkich, którzy sprzeciwiali się narodowej ideologii kierownictwa. 

To lizanie łap pogrobowcom nazistowskiego ONR-u wynika z potrzeby partii PiS, bo od tygodnia jednym głosem mówią na TT Gmyzy, Pereiry, Ziemkiewicze. Inżynierowie umysłów PiS, dopieszczając narodowców, mają dać im poczucie siły i spowodować rozpad partii Kukiza. Stąd Falangi i krzyże celtyckie w obiektywach kamer.
Ale co w tym wszystkim robi Kościół katolicki, udostępniając kościoły na pobożne Parteitagi z okrzykami „A na drzewach zamiast liści będą wisieć syjoniści!”, „Śmierć wrogom Ojczyzny”? Co tu robi wśród tych haseł ksiądz katolicki, co robi arcybiskup Jędraszewski? Czy naprawdę Episkopat nie pamięta już, jak skończył się romans kościoła z nacjonalistami w Niemczech, jak ministrantów zamieniono w dwa lata w oddziały Hitlerjugend, zapomniano sprawę biskupa Czesława Sokołowskiego, skazanego przez AK na śmierć za profaszystowskie sympatie i współpracę z hitlerowcami?


Straszne to, nawet przedwojenna Polska zdecydowała się zdelegalizować faszystowski ONR po kilku miesiącach działania, twórcy ONR trafili w roku 1934 do obozów pracy, razem z komunistami z KPP, ich gazety zostały zamknięte, a dziś PiS promuje nazistowskie emblematy, nadal zakazane prawnie w Niemczech.
Ten kij ma dwa końce, bo tuląc się do ONR PiS szyje sobie brunatny mundur i ujawnia faktyczne ciągoty do narodowo-socjalistycznej ideologii. Boję się, że "ciemny lud to kupi", jak kupił w latach 30.





W sondażach przeprowadzonych w amerykańskiej strefie okupacyjnej w latach 1945-47 udział ludności niemieckiej, która popierała pogląd iż „Narodowy socjalizm był dobrą ideą, ale źle realizowaną” wynosił od 47 do 55%, a 37% Niemców uznało iż „eksterminacja Żydów, Polaków i innej ludności niearyjskiej była konieczna z punktu widzenia bezpieczeństwa Niemiec”. Już po przegranej Hitlera! Nacjonalizm wciąga. Może więc tylko ci demonstrujący niezgodę z polityką PiS dostrzegają niebezpieczeństwo powtórki z polityki eliminacji „Untermenschów” gorszego sortu, rugowania z kultury „Entartete Kunst” zdegenerowanej sztuki różnych Klatów i wreszcie „Endlösung der KODfrage” ostatecznego rozprawienia się ze zdrajcami narodu?

Dzięki za inspirację: @MarekTatala @JanGrabiec

wtorek, 16 lutego 2016

Szukanie Żyda

Miałem sen, że jednak prezydent Duda postanowił posłuchać doradców oraz głosu mas rewolucyjnych i odebrał Grossowi Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP. W tym samym dniu precedens odnotowały wszystkie media na świecie, mniej lub bardziej dobitnie klasyfikując ekipę rządzącą Polską nie tylko jako dławiących opozycję autokratów, ale także jako antysemitów. 



TVP oczywiście przytoczyłaby znalezione z trudem cytaty z niszowych, faszyzujących tytułów, chwalących odwagę takiej decyzji, ale byłaby to próba rozgonienia smrodu za pomocą odpustowego wiatraczka. Śniegowa kula zaczęłaby się toczyć i rosnąć. Timothy Snyder oddałby wtedy swój Krzyż Oficerski Orderu Zasługi RP, co już dziś zadeklarował. Być może w geście solidarności swój krzyż zwróciłaby np Anne Applebaum, co media Karnowskich gładko skomentowałyby złośliwie. Równie złośliwie rozprawiłyby się, gdyby oddał swój krzyż George Soros. Gdyby do gestu dołączył np Ryszard Horowitz, cała machina medialna Kurskiego miałaby problem z wytłumaczeniem "ciemnemu ludowi", o co chodzi. A gdyby do grona dołączył Szewach Weiss, były przewodniczący Rady Pamięci Yad Vashem? A co, jeśli zrobiłby to i były dyrektor Yad Vashem Awner Szalew? Nazwiska można wymieniać długo i choćby w Polsce media narodowe sprawę bagatelizowały, na Zachodzie wrzałoby długo.
Wizerunek Polski ległby w gruzach już po trzech miesiącach rządów PiS.





Uważam, że Andrzej Duda i jego fatalni doradcy nie posuną się tak daleko. Wysyłają tylko komunikat do narodowego, antysemickiego elektoratu. To takie puszczenie oczka do polskich "patriotów", jak prymitywny atak Jedwabnem w debacie telewizyjnej z Bronisławem Komorowskim. Może się jednak okazać, że narodowy gest już teraz zostanie odebrany na świecie jako nazistowski i pogrzebie jakiekolwiek szanse na poważne traktowanie PiS przez wszystkie opcje w Stanach. A tak im na tym zależy.
Na moje wyczucie starego depeszowca, i sprawa Grossa, i wejście policji do redakcji antyklerykalnej gazety, przeszukania pomieszczeń redakcyjnych pod zarzutami kryminalnymi nie dotyczącymi firmy lecz naczelnego, będą dziś newsami z Polski.


Zło już się stało, ale ten zły sen może za sprawą PiS zmienić się w koszmar.



O polskich endekach pisze dziś również Sławomir Sierakowski.
http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/opinie/20160214/sierakowski-swiat-doceni-odebranie-grossowi-orderu


poniedziałek, 8 lutego 2016

Czy biskupi chcą cenzurować listy polskich katolików?


Biskupi polscy próbują cenzurować europejską stronę internetową Komisji Konferencji Biskupów Unii Europejskiej, ponieważ nie zgadzają się ze stanowiskiem zaprezentowanym w otwartym liście Henryka Woźniakowskiego, prezesa "Znaku", krytycznie oceniającego działania rządu PiS oraz udział polskiego kościoła w polityce ostatnich miesięcy.



Biskupi, w swoim stanowisku podpisanym przez sekretarza generalnego Konferencji Episkopatu Polski, bpa Artura Mizińskiego, zażądali wycofania listu, oceniając publikację jako "ingerencję w wewnętrzne sprawy Polski". Czy nie jest to inaczej sformułowana, ale obowiązująca od kilku tygodni retoryka zarzucająca "donosicielom gorszego sortu" wynoszenie polskich spraw na forum Unii Europejskiej? Dziwne, bo przecież Powszechny Apostolski Kościół Katolicki to znacznie starsza od UE ponadnarodowa organizacja i trudno mówić o wynoszeniu problemów na zewnątrz, raczej o zatroskaniu kościoła-matki wszystkich narodowych kościołów złym prowadzeniem się dziecka.










Aby do końca rozjaśnić spór, warto wiedzieć co nieco o autorach listów - bo to wojna nazwisk i światopoglądów, a także autorytetów skrajnie różnych środowisk.

Henryk Woźniakowski, pierwszy rzecznik prasowy rządu Tadeusza Mazowieckiego, jest obecnie prezesem zarządu Społecznego Instytutu Wydawniczego "Znak", który założył za najtwardszej komuny jego ojciec Jacek Woźniakowski - profesor, tłumacz, historyk, redaktor środowiska "Tygodnika Powszechnego", żołnierz AK. To wybitna rodzina patriotów z dziada pradziada, powstańców, inteligentów, humanistów, wywodząca się od Pawlikowskich, Kossaków, spowinowacona z Tarnowskimi, Czapskimi - słowem, to najmocniej zakorzeniona w polskim ruchu patriotycznym krakowska inteligencja katolicka, która w poprzednim stuleciu dla kościoła polskiego zrobiła więcej niż cały obecny Episkopat. Siostrą Henryka Woźniakowskiego jest Róża Thun, eurodeputowana PO, wychowana w duchu jak najbardziej chrześcijańskim, zaprzyjaźniona z wieloma autorytetami kościoła, znanymi z czasów, kiedy KK był przez władzę prześladowany, czyli jeszcze zanim zaczął władzę wspierać, np. w inwigilacji obywateli. Zarówno Woźniakowski, jak i Róża Thun działają w stowarzyszeniu "Chrześcijanie dla Europy" Initiative Christen für Europa (IXE), skupiającym organizacje i działaczy chrześcijańskich z Austrii, Belgii, Chorwacji, Francji, Hiszpanii, Holandii, Luksemburga, Niemiec, Polski, Rumunii, Słowacji, Czech, Ukrainy i Włoch. Stąd takie nerwowe poruszenie w szeregach purpuratów, których pole działania ogranicza się do listów czytanych z polskich ambon, a życiorysy w żaden sposób nie budują powagi i szacunku.

To właśnie przedstawiciele narodowego nurtu wśród biskupów: Hoser, Jędraszewski, Miziński, kształtują dziś stanowisko polskiego Episkopatu. Na bok idą nakazy ewangelicznej miłości bliźniego, kiedy instytucja wkracza na drogę polityki i bezpardonowej wojny światopoglądowej. Nikomu w Episkopacie nie przeszkadza już wieloletnia, udowodniona, dobrowolna współpraca z SB biskupa włocławskiego, o której kiedyś pisał Cezary Gmyz, skoro dziś biskup idzie ramię w ramię z polskimi przewodnikami kościoła, rozsyłając po Europie listy chwalące działania rządu i potępiające  urzędników unijnych w koślawym języku niemieckim z Google translatora. Nikt nie przejmuje się zdaniem uciszanych księży Lemańskiego i Bonieckiego, którym nie podobał się ten betonowy nacjonalizm.

Źle to się skończy dla polskiego kościoła, jak skończyła się podobna wojna z liberalizmem i "lewactwem" dla kościoła niemieckiego, który wsparł w wyborach 1932 nurt nacjonalistyczny. Przykro mi to pisać, ale tacy jak biskup Miziński prowadzą kościół na skraj przepaści.

piątek, 5 lutego 2016

Życie pełne wojen i romansów

Amerykanki siadały mu na kolanach, prosząc, by narysował ich portrety, polskie arystokratki i ich córki słuchały jak grał na klawikordzie, a ich mężowie i ojcowie zazdrościli mu talentu i odwagi, ale niestety pogardzali jego jakobińskimi poglądami.



Kontrowersje wokół Kościuszki to materiał na cały serial telewizyjny. Już samo tło obyczajowe jest ciekawe, czasy dorastania w libertyńskiej Warszawie, rozluźnienia swobody obyczajowej, gdzie kadeci byli i aktorami tego teatru i maskotkami środowiska. Swoją drogą, teatr spełniał nieco inne funkcje niż obecnie – o rozrywkowo-seksualnym charakterze wieczorów teatralnych przynajmniej jeden odcinek tego serialu.
Kościuszkowskie podboje miłosne i klęski matrymonialne to przynajmniej trzy odcinki, bo dotyczą i pobytu we Francji, i Stanów, i kraju po powrocie. Czy mogło być inaczej? Wykształcony w dworskich podbojach, recytujący, piszący wiersze, muzykalny, utalentowany portrecista, ale przede wszystkim przystojny podbrygadier, a później generał nie mógł przecież w towarzystwie oprzeć się zainteresowaniu panien i mężatek. Podobno w jednym liście potrafił zgrabnie uwodzić i matkę i córkę, nie budząc podejrzeń męża i ojca. Radził też sobie z konwersacjami w trzech językach.
Niestety, kto ma szczęście na polu bitwy, nie ma zwykle w miłości. Chociaż szybko dosłużył się etosu dzielnego wojaka, a nawet bohatera, zyskał też opinię libertyna o bogatych doświadczeniach z kobietami, na dodatek głoszącego szkodliwe poglądy społeczne. Coś w rodzaju ówczesnego cyklisty, wegetarianina i liberała popierającego imigrantów i LGBT. Dlatego jego konkury kończyły się czarnymi polewkami, mimo gorącego przyjęcia przez adorowane panny.
Kiepsko skończył się romans z zakochaną bez pamięci Ludwiką Sosnowską, później Lubomirską. Plotka z tamtych czasów głosiła, że, decydował tatuś, a związek - i nazwisko Lubomirska - musiała panna przyjąć w wyniku wygranej ojca w karty z przyszłym teściem. Jak tu konkurować o pannę z karcianym długiem arystokraty. I porwanie panny się nie udało, a Kościuszko oberwał kijami od ludzi Sosnowskiego, który ponadto był fanem partii prawdziwych Polaków i "jakobinów" traktował z buta. 


Nie układało się i po powrocie z Ameryki. Sam Stanisław Staszic, opiekun zakochanej do śmierci w Kościuszce panny Anny Zamoyszczanki, odradzał przyjęcie do familii Zamoyskich generała-libertyna. Anna została jednak Sapieżyną, nie Kościuszkową, choć podobno zaręczyny z Sapiehą miały już zostać zerwane.
Fatum jakieś prześladowało Tadeusza, ale trzeba przyznać, że przywykł do porażek i przyjmował je pięknie i pięknie te nieudane związki kultywował, już jako przyjaźnie. Obie arystokratki korespondowały z nim ciepło do końca życia.
Może warto ostatni odcinek tego serialu oprzeć na nieudokumentowanej dostatecznie i dość fantastycznej relacji Johna Quincy Adamsa, jakoby Ludwika Lubomirska ostatnie chwile życia Naczelnika w Szwajcarii spędziła przy jego łożu, a nawet wyszła za niego w tamtych dniach za mąż. Była podobno w Solurze w 1817. 
Z listów Ludwiki do Kościuszki i z pamiętników Niemcewicza układa się melodramatyczny finał serialu, korzystającego z wyjątkowo bogatego tła historycznego, wojen i pokoju w trzech krajach - Polsce-Francji-USA. Byłby to fantastyczny polski epos a’la "Północ-Południe". Marzenie - bo niestety o Kościuszce filmów mamy niewiele, wliczając odnaleziony nie tak dawno pierwszy – „Kościuszko pod Racławicami” z 1913 roku i międzywojenny obraz Lejtesa pod tym samym tytułem. Potem nic, a przecież nie mamy innych bohaterów tej miary.


 


środa, 3 lutego 2016

Inkwizytorzy mediów

Od wczoraj Radiową Jedynką kieruje Rafał Porzeziński. Niewiele mi mówi to nazwisko, więc zaciekawiony wyguglałem kilka informacji.
"Jego artykuły ukazywały się między innymi na łamach "Frondy", "Magazynu Familia", "W drodze" oraz w "Różańcu". Jego audycje i programy telewizyjne zdobywały główne nagrody na Międzynarodowym Katolickim Festiwalu Filmów i Multimediów w Niepokalanowie i na I Ogólnopolskim Katolickim Przeglądzie Programów Telewizyjnych w Łodzi. (…)
Prowadzi również warsztaty rozwoju duchowego "Wreszcie żyć" według programu "12 kroków dla chrześcijan". Napisał i zredagował zbiór rozważań różańcowych popularnych postaci życia publicznego pt. "Tajemnica Tajemnic".

itp.
Oczywiście ostatnio - jak niemal całe pospolite ruszenie "dobrej zmiany" mediów - pracował w znanej na świecie wylęgarni talentów dziennikarskich "TV Republika", której udział w rynku oglądalności w roku 2015 wynosił  około 0,04%.
Być może nagrody w Niepokalanowie to żadna rekomendacja. Być może nie znam ukrytych talentów nowego szefa Jedynki. Bardzo mi tu jednak pasuje cytat z ks. Józefa Tischnera, sprzed 20 lat. Tym bardziej głęboki i ponadczasowy, że pisał on o wszelakich polskich "dobrych zmianach", chociaż tamte przy obecnej  były jak ciche msze w bocznym ołtarzu:

"Nazywam "moralizmem" przekonanie, że "gdyby wszyscy byli moralni, byłoby lepiej ". A ponieważ "nie jest dobrze", widocznie "wszyscy są niemoralni". Moralność określa przede wszystkim krąg bezpośrednich stosunków międzyludzkich. Oto ja i mój bliźni. Nie okłamuję go. Nie zabijam go. Nie zdradzam bliźniego. Moralizm wierzy, że całe zło społeczne daje się wyprowadzić z obszaru bezpośrednich stosunków międzyludzkich. Jeśli chcemy naprawić gospodarkę i państwo, musimy naprawić stosunki bezpośrednie. Moralizm nie uznaje jakościowej różnicy między stosunkami bezpośrednimi a pośrednimi. Takie formy jak państwo czy nawet Kościół nie są dla moralizmu jednostkami autonomicznymi. Stąd ma on prostą receptę naprawy świata: trzeba "umoralnić" świat. Ma to praktyczne konsekwencje. Konsekwencją jest dochodzenie do władzy ludzi, którym wprawdzie nic nie można zarzucić z punktu widzenia osobistej moralności, którzy jednak są często zupełnymi ignorantami w sprawach gospodarki, państwa, związków zawodowych, czy środków masowego przekazu."

 Moralny ignorant - oto symbol #dobrejzmiany. Cóż jednak, kiedy tę drużynę misjonarzy i inkwizytorów "ciemny lud" zacznie osądzać po efektach ich pracy - "po owocach ich poznacie"?