piątek, 15 maja 2015

Nabici w Stana, nabici w Dudę

W 1990 odpadł w wyborach mój kandydat, Tadeusz Mazowiecki, którego dziś roszczeniowe polactwo wszystkich opcji chciałoby beatyfikować. Ale wtedy woleli Stana Tymińskiego, obiecującego złote góry, powtarzającego w kółko, że rozgoni złodziei, bo kraj jest rozkradany. Skąd my to znamy?

Czy Polacy zmienili się od tego czasu? Nie! Dają się wabić i prowadzić jak stado baranów do zagrody. Wystarczą proste wyborcze sztuczki, podstawieni przechodnie, paprykarze, Cugier-Kotki i niby-studenci, klakierzy, buczące i wyzywające kontrkandydata fankluby, setki memów na poziomie dresiarza, udawany sklepik, udawana Duda-pomoc, albo czarna teczka.
Komorowski ma fatalną kampanię, ale ja nie głosuję na kampanię, głosuję na ludzi, tak jak głosowałem na Mazowieckiego, nie na czarną teczkę Tymińskiego. Przerażają mnie głupoty opowiadane na temat wprowadzenia Euro i indolencja ekonomiczna Dudy. Obraża mnie gangsterskie cwaniactwo Mastalerka i Sasina, skupiających się na inwektywach w stosunku do Komorowskiego. Nie podoba mi się  uwikłanie Dudy w pisowskie zależności, w aferę wokół śmierci Blidy, krycie przekrętów finansowych Biereckiego, jego poparcie dla smoleńskich teorii spiskowych. Nie przekonuje mnie afiszowanie się w kościołach, na klęczkach, w postawach pełnych rozmodlenia. To wszystko jest teatrzyk dla frajerstwa, które da się wystraszyć bajkom o katastrofalnych skutkach wprowadzenia euro, nie rozumie, że obiecanki ekonomiczne w kampanii zweryfikuje życie i za cztery lata będą tak samo nienawidzić Dudy, jak znienawidzili Lecha Kaczyńskiego. Będą go nienawidzić i za to, że nie dotrzymał obietnic, i za to, że je zrealizował, bo skutki rozdawnictwa poniosą wszyscy.



Bachorów tupiących nogą, niezadowolonych z życia nie brak w tym kraju. W Polsce nawet ciemnoskóry gej, działacz LGBT, ma tak pofikane w głowie, że popiera kandydata partii, której poseł na FB wzywa do walki z "pedalskim lobby" i obwieszcza "koniec cywilizacji białego człowieka". Polski absurd, oby nie znalazł w skrzynce skierowania na przymusowe leczenie, bo przecież według wielu działaczy PiS homoseksualizm to choroba.



Mimo wszystko czuję pewną dumę, że głosowałem wtedy na Mazowieckiego, choć motłoch krzyczał "gruba kreska", "żółw", "Żyd". Dziś pokrzykują "Bredzisław", "Komoruski" i dlatego właśnie dumny będę, że nie idę ze skandującym kibolstwem, choćby mój kandydat przegrał.
Nie poczuję się później, kiedy pałac obsiądą Macierewicze i Brudzińscy, nabity w Dudę.

wtorek, 12 maja 2015

Najlepiej płatna posada w Polsce - trybun niezadowolenia

Nie jest stabilne państwo, w którym ponad 30% głosów uzyskuje replikant, bez historii, bez osiągnięć, bez poglądów, upudrowany i pokazany wyborcom pół roku przed wyborami.


Tym bardziej, nie jest stabilne państwo w którym 20% głosów wyborców otrzymuje kandydat na prezydenta, nie mający nic do powiedzenia na temat polityki zagranicznej, gospodarki, obronności, a znany wyłącznie z list przebojów Radiowej Trójki.
Przypominają mi się "Mury", piosenka Jacka Kaczmarskiego do melodii katalońskiej pieśni "L’Estaca" - gdzie taki bard rewolucji jak Kukiz porywa tłum do zmian. Wszyscy znają słowa: "aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas", które świetnie wpisują się w te 20% wyborców z ostatniej niedzieli. Jednak historia kiepsko kończy się dla śpiewaka.

Znajomi mówią - trzeba rozbić układ, niech coś drgnie! A ja słyszę "Mury" i widzę, że to prosta droga do zamurowania Polski.
Rozbić układ - dziwna motywacja, bo nie zakłada właściwie żadnej oceny kandydata, na którego oddaje się głos. A jeśli to głos na kolejnego prącego do koryta cwaniaka? Kiedy już tam będzie, zapomni o obiecankach i jakichkolwiek zmianach. Mogę nawet zrozumieć ryzykantów z grupy elektoratu Kukiza, sfrustrowanych kolejnymi zawodowymi niepowodzeniami, za które najłatwiej winić "układ", "sitwę", "kolesiów". Rozumiem, że młodzi dysponują ograniczonym doświadczeniem życiowym, nie pamiętają, jak łatwo korumpują się różni bardowie rewolucji i ich klakierzy. Rozumiem tych głosujących, ale nie pochwalam i przyznaję, że z obrzydzeniem wyłączam radio, kiedy Kukiz pluje na ostatnie 25 lat Polski, a ostatnio łaskawie udziela lub odmawia wsparcia bardziej doświadczonym, zorientowanym i zwyczajnie bardziej inteligentnym od siebie.

Może to jest herbertowska kwestia smaku - brzydzi mnie taka postawa. Kiedy pan Kukiz chlał między koncertami na potęgę za czasów późnego PRL, nie narzekał, że kraj w niewoli. Dziś pozwala sobie przy każdej okazji mówić o zniewoleniu. Kiedy śpiewał "Ksiądz proboszcz już się zbliża", nie było mu potrzebne wsparcie z ambon i głosy bogoojczyźnianych Ślązaków. Dziś gra rolę nawróconego alkoholika. Każde, absolutnie każde pytanie o działania w sferze kompetencji prezydenta zbywa opowieściami o jednomandatowych okręgach wyborczych, których nie rozumie i których wprowadzenie pozostaje poza prerogatywami prezydenta. Zbywa wszystkie argumenty o utrwaleniu przez JOW-y, wszędzie gdzie one obowiązują, systemów dwupartyjnych. Ponadto jest cyniczny, bo "JOW-y to wytrych" - jak sam przyznał w rozmowie z Korwinem-Mikke. Mimo JOW-ów i tak głosowalibyśmy na polityków z ustawionych wcześniej list. A co z wartościowymi ludźmi, których poglądy nie mieszczą się w tych dwupartyjnych ramkach. Nigdy nie mieliby szansy pojawić się w polityce, póki nie poszliby po prośbie do PO i PiS. Nie teoretyzuję, znam to z realu w radzie gminy, gdzie mieszkam, bo w wyborach samorządowych do rad gmin mamy już JOW-y panie wizjonerze.
Nie cieszy mnie, kiedy tacy populiści, którzy sami przed chwilą wytrzeźwieli, robią ludziom wodę z mózgów. Gdyby w wyborach do Sejmu były JOW-y, Kukiz nie zaistniałby jako polityk, ale dziś jeszcze może.

Opolszczyzna - tam Kukiz mógłby liczyć na mandat, gdyby w wyborach do Sejmu obowiązywały JOW-y


Na sukces Kukiza zapracowało również niepokorne pokolenie sieciowych janczarów, wyhodowane przez PiS, które programowo przeprowadziło kilkumiesięczne tłuczenie Komorowskiego memami (Nie głosuj na Bronka bo siara, zejdź z krzesła, etc). To polityczni dresiarze, żyjący z trollingu - a pracujący solidarnie na głosy wszystkich kontrkandydatów Komorowskiego. Polityk, który miał zaufanie społeczne na poziomie 70% przegrywa w dwa miesiące z królikiem z kapelusza. W podobny sposób, choć znacznie wolniej, zamieniono w błazna Lecha Kaczyńskiego, przy dużo większym udziale jego samego - on też przegrałby z jeleniem z krzesłem na głowie.


Wojna na memy nasili się w II turze. W rolę trybuna niezadowolenia wcieli się Duda, który będzie udawał, że nie był podwładnym Ziobry i nie miał nic wspólnego z ochroną SKOK-ów.
A Kukiz znów we wrześniu namiesza ludziom w głowach, bo jestem pewien, że niezadowolonych nie ubędzie. Namiesza, nagada niedorzeczności, a potem będzie "milczał wsłuchany w kroków huk, a mury będą rosły..."






poniedziałek, 30 marca 2015

Rosja XXI w - udoskonalona oprycznina

Zrozumieć Rosję trudno. Jakbyśmy byli z dwóch różnych kontynentów. 


Książę Fiedorow, przebrany w carskie szaty, z regaliami, siedzi na tronie przed oprycznikami, w oczekiwaniu na śmierć. Przyklękający car mówi z szyderczym uśmiechem: „Chciałeś być mną? Co daję, mogę też odebrać”. Za chwilę osobiście wbije sztylet.





Tak Iwana Groźnego widzieli i ci narodowi, prawosławni, przedrewolucyjni i czerwoni Rosjanie. Samotny, mądry samodzierżca, z pogardą traktuje fałszywych bojarów. W rzeczywistości był socjopatą, chowającym urazy i pretensje do wszystkich, którzy go otaczali.
Nie był spokojny, ani wyniosły. Był rozchwianym cholerykiem i prymitywem, o czym świadczą jego listy. Folgował złym emocjom impulsywnie, tratując przechodniów na moskiewskich placach, wysyłając na tortury żony i dzieci wszystkich, których uznał za wrogów. Zgładził w sposób głupi dziesiątki tysięcy Rosjan, a kraj zostawił spustoszony, wyludniony i moralnie zdewastowany. Za Stalina zbudowano mit mądrego cara, walczącego z wrogiem zewnętrznym i wewnętrznym. Iwan IV był zresztą ulubionym władcą Józefa Stalina i chyba obecnego głównego lokatora Kremla też. Już cztery lata temu rosyjscy opozycjoniści napisali: "Jeśli Rosja za Jelcyna znalazła się na kolanach, to Putin rzucił ją w błoto". To niestety, kolejna analogia z czasami Iwana Groźnego i awanturniczą polityką cara, która była dla Rosji traumą i kataklizmem.

Dzisiejsze czasy trochę przypominają okres, kiedy car wyjął spod prawa byłych, obecnych i przyszłych przeciwników – Iwan IV po prostu obraził się na swoich poddanych i wyjechał z Moskwy do Słobody Aleksandrowskiej. Ogłosił, że lud na niego nie zasługuje. Nie było wtedy sondaży poparcia, ale poruszony gestem cara, pozbawiony pana tłum ruszył do niego z procesją, sztandarami, śpiewami, błagając, by raczył wrócić. Zgodził się, pod jednym warunkiem, że pozwolą mu ukarać wszystkich zdrajców i krwiopijców, nasłanych przez wrogów majestatu. Po takiej legalizacji wcześniejszych zbrodni i tego co zamierzał zrobić, wrócił na Kreml, po czym ogłosił opriczninę – wyjął z terytorium kraju obszar, gdzie nie sprawował władzy on, a oddał ją oprycznikom, pochodzącym z marginesu stróżom porządku, podnoszącym morale w grupach jeźdźców ze znakiem miotły na końskich czaprakach. Nikt nie mógł być pewny, czy rano nie pojawią się terminatorzy i nie utopią w przeręblu całej rodziny, łącznie z niemowlętami. Wystarczyło, że któryś z tych ubranych na czarno wybrańców uznał wcześniej część majątku utopionej rodziny za swoją. Takie działanie "mioteł" nie kłóciło się zresztą z carskim ukazem i z intencjami cara-sadysty.

Nie tak dawno organizacja Transparency International Russia została uznana przez rosyjskich prokuratorów, neo-opryczników Putina, za "obcego agenta". Wpisuje się to w rosyjskie podejście do świata. Przecież właśnie Iwan IV wyrzucił z Rosji angielskich kupców pod pozorem szpiegowania, pisząc z rosyjską kurtuazją do królowej Elżbiety I, „zabieraj ich sobie” i nazywając ją „prostą dziewką w dziewiczym stanie”.
Zabawne, jak niewiele się zmieniło – do dziś w rosyjskiej dyplomacji głównym argumentem jest przeciwstawianie prawosławnej zdrowej jurności zepsutym obyczajom Zachodu.
Obecnie Transparency International upominało się m.in. o zbadanie morderstwa Anny Politkowskiej, która śmiała dotknąć tematu gangsterów w putinowskim rządzie, robiących majątki i kariery na wojnach w Czeczenii. Nie mają szans. Oficjalna wykładnia w tych kwestiach, określona czarno na białym przez Borysa Martynowa, profesora Uniwersytetu MSZ Federacji Rosyjskiej, mówi: wara zepsutemu Zachodowi od tego, co dzieje się w zdrowej Rosji. Według niego zachodnie „slogany w rodzaju «prawa człowieka i wolności nie znają granic» mają wyraźnie charakter fundamentalistyczny”.


Do dziś strach i potrzeba mitu władcy-zamordysty jest w tym narodzie żywa. Za cenę, niewoli, ogłupienia, grabieży, śmierci. To nadal kraj w większości zakompleksionych mitomanów i hipokrytów. Każdego, kto poważy się sięgnąć po władzę, czeka los księcia Fiedorowa, Chodorkowskiego, Niemcowa.
A naród przyklaśnie, bo dostanie tańszą wódkę. Nikt ne będzie przecież wychylał głowy, skoro oprycznicy Kadyrowa, odznaczanego przez Putina, działają nadal.

poniedziałek, 16 marca 2015

Starość, czy nowość Dukaja

Mam mieszane uczucia w związku z kampanią e-booka Jacka Dukaja "Starość aksolotla". Fantastycznie, że Allegro wreszcie zaczęło inwestować w rynek czytelnictwa na urządzeniach mobilnych, ale...


No właśnie, "ale" jest dużo. Posłuchałem dziś wypowiedzi przedstawiciela wydawcy w radiowej Dwójce i myślę, że w Allegro sami nie do końca rozumieją, co chcą zrobić. Może im się uda coś rozruszać, mimo tej niewiedzy. Poprosili Dukaja o krótkie opowiadanie, bo współczesny czytelnik należy podobno do grupy targetowej TL;DR (too long, didn’t read). Skoro tak, to mogli zainwestować w Wardęgę, nie w Dukaja, który jest obsesjonatem antycznej filozofii, erudycyjnych tasiemcowych dywagacji i młodsze pokolenie musiałoby przed lekturą przestudiować połowę Wikipedii. Opowiadanie krótkie nie wyszło, za to mówienie teraz o wielowarstwowej literaturze świadczy, że wydawcy sami są z pokolenia TL;DR i nic nie wiedzą o hiperpowieści, powieści interaktywnej, powieści-grze.

”Starość aksolotla" ma być wielowarstwowa, ponieważ e-book zrobiono na layerach i "ilustracje można oglądać oddzielnie", a "tekst można wydrukować". No drodzy wydawcy! A gdzie gra z czytelnikiem czasem fabuły, narracji, gdzie tzw. sieć fabuły, interaktywność, możliwość wyboru dróg labiryntu treści - czyli wszystko, co może wnieść do dzieła pisarz, nie grafik komputerowy. Nie czytaliście "Gry w klasy" Cortazara, "Alefa" i opowiadań Borgesa? Wielowarstwowość powieści na tym właśnie polega. To o czym mówią ludzie z Alllegro, to wielowarstwowość książki - dosłowna, bo polegająca na wydzieleniu warstwy ilustracyjnej i tekstowej. Są piękne ilustracje Marcina Panasiuka, ekslibrisy, logotypy gildii i prawdę mówiąc, żadna to rewolucja, a raczej cofnięcie się do czasów średniowiecznych iluminatorów.

Moim zdaniem największa wartość tej inicjatywy leży w wydaniu powieści wyłącznie w wersji elektronicznej i promocji czytników oraz tabletów. Mimo hasła promocyjnego "DUKAJ", najmniej tu literatury, a najwięcej działań marketingowców i grafika digital publishing, operującego w programie, generującym nowoczesny e-pub. Nie znalazłem też niczego, czego na moim iPadzie nie byłoby już wcześniej - ilustracje i funkcje pozwalające szybko nawigować pomiędzy przypisami i treścią są choćby w "Cmentarzu w Pradze" Umberta Eco.

Kolejny krok należy do pisarzy, nie do marketingowców wydawnictw, którzy kroją ofertę pod  czytelnika z ADHD czy TLDR, bez wyobraźni, który pragnie nie niuansów świata przedstawionego i zaproszenia do umysłowej gry, ale gotowych postaci, koniecznie do wydrukowania, najlepiej w 3D. Można je wtedy postawić na półce i stoczyć między nimi własną wojnę.
Być może takie nadchodzą czasy. Podobno w kilka dni od startu promocji Allegro sprzedano już 6 tys. e-booków Dukaja.



Mimo wszystko, polecam. Każdy czytelnik jest cenny: http://jacekdukaj.allegro.pl/#ilustracje



czwartek, 5 marca 2015

Czy KK może być jak CC?

Wiara jak Coca-Cola. Taki właśnie punkt wyjścia na potrzeby «naukawych» dociekań stworzył Jakub Marczyński, dyrektor kreatywny Stowarzyszenia WIOSNA. 
Zaczyna tak:
„Mam takie zboczenie, że czasami patrzę na świat przez pryzmat brandingu. Jakiś czas temu zacząłem patrzeć w ten sposób na Kościół – który jako pierwsza marka na świecie, od dwóch tysięcy lat toczy największą kampanię marketingu emocjonalnego na rzecz szerzenia wiary. I piszę ten materiał, bo coraz mocniej odczuwam, że w tej największej kampanii świata coś ostatnio się nie składa. Czuję, że mamy do czynienia z kryzysem wizerunku, z którym trzeba zrobić jak najszybciej porządek.” http://www.proto.pl/artykuly/wiara-jak-coca-cola


O Boże Abrahama, Mojżesza i Szymona rybaka! Właśnie zapukali do mnie specjaliści od rebrandingu i odnawiania wizerunku: Puk, puk! "Chciałby pan porozmawiać o Bogu, o życiu wiecznym i o prawdziwym odczytaniu Pisma. Mamy takie ulotki z superbohaterem, który pokonał śmierć".


Przez moment zastanawiałem się, czy tekst na PRoto.pl nie jest właśnie content marketingiem... zleconym przez KK (Kościół Katolicki), prawie jak przez CC (coca-colę)?

Doceniam potrzebę przelania na papier, czy do sieci, ulewających się zawodowych emocji autora tekstu, ale w życiu nie czytałem czegoś bardziej naiwnego. Coś tu zgrzyta i urąga wiedzy o PR. Dwa, a nawet sześć tysięcy lat religii, ewoluującej od wczesnego judaizmu do współczesnego katolicyzmu, to ciągłe kryzysy marki. Obecny wcale nie jest największy. Receptura tej wiary zmieniała się tysiące razy. W Coca-Coli receptura jest podobno niezmienna od początku.

Po drugie - credo mówi wyraźnie: "wierzę w Kościół...". Kościół jest przedmiotem i podmiotem wiary, a autor oddziela markę od sieci sklepów, zapominając, że właśnie stróżem marki (wiary) jest ta sieć (kościół instytucjonalny, pełen ambicji, animozji, merkantylizmu i politykierstwa). Odnawianie marki, bez udziału sieci sklepów wiązałoby się ze sprzedażą obwoźną, uliczną, zdalną. A to już kilka sekt, czyli agencji PR-owskich wymyśliło, choćby ta, pukająca do drzwi w dwuosobowych oddziałach marketingowców z ulotkami. Swoją drogą, właśnie tamci odnowiciele zakładają bardzo ograniczoną grupę docelową. Według świadków Jehowy tylko 144 tysiące najlepszych spośród miliardów ludzi zostanie wziętych przez Boga do nieba. Nie ma jak precyzyjnie skierowany konkurs z nagrodami w Social Mediach.

W krótkich słowach - w KK nie da się przeprowadzić żadnej kampanii PR ze względu na jego rosnące rozwarstwienie - konserwatywna i ultrakonserwatywna góra i liberalizujący się dół. Góra niczego nie zleci, a jeśli inicjatywa wyjdzie z dołu, zostanie przez górę utrącona, jako schizma. To już biskup krakowski Karol Wojtyła powiedział: "Żeby zmienić cokolwiek w Kościele, trzeba zajść bardzo wysoko". I niczego nie zmienił.

Wiara (katolicka) byłby marką, gdyby KK potrafił określić grupę, do której chce dotrzeć, a i z tym ma problemy. W marketingu i w PR podstawowe działania mają na celu budowanie jak najtrwalszych relacji z coraz szerszą grupą klientów. Tymczasem wszystkie ostatnie działania KK w Polsce i Europie, to działania wykluczające i zniechęcające coraz szersze grupy.

  1. Kampania "przeciw konkubinatowi" – strasząca piekłem biednych studentów, waletujących w akademikach bez sakramentalnej zgody KK, 
  2. Kampania "antygender" – szerząca opinie zniekształcające większość idei genderyzmu, znanych i wykładanych na uniwersytetach od 30 lat, 
  3. Kampania "anty in-vitro" – w ujęciu ks. Oko, wyrzucająca poza nawias Kościoła nawet ludzi poczętych tą metodą, 
  4. Kampania przeciw ustawom "antyprzemocowym" – odbierana jako utrwalanie mizoginistycznego obrazu świata, ukształtowanego tysiące lat temu przez Stary Testament i obrona podrzędnej roli kobiet w małżeństwie. 

Ani jednej kampanii pozytywnej, wszystkie negatywne.

Generalnie wszystkie służą wykluczeniu, ograniczeniu nowych relacji, stoją w sprzeczności z ekumenizmem i nauką Pawła z Tarsu, który otworzył Kościół dla świata po soborze w Jerozolimie. Wyprowadził wtedy sektę wyrosłą z judaizmu na nowe wody - zaczęła być marką otwartą na nowe relacje, na Greków, Rzymian, na nieobrzezanych. To był PR-owiec wyprzedzający swoją epokę. Teraz mamy działania odwrotne. Oblężona twierdza piętnująca wszystko co odmienne nie ma szans stać się marką na rynku. Chyba że kieruje się do ściśle ograniczonego targetu – religijnych fundamentalistów. 

sobota, 28 lutego 2015

Tak to się robi w Moskwie

Za miesiąc, dwa wszyscy zapomną, jak o Politkowskiej, więc notuję w moim niematerialnym notesie. Kiedy Borys Niemcow został zastrzelony w sobotę w centrum Moskwy, pomyślałem, że nie pasował już do tego obrazka ogólnonarodowej aprobaty dla łajdactw Putina i jego kolegów z KGB. Wpisy na profilu FB Niemcowa były celne, bo personalne. Zbierały tysiące uwspólnień, lajków i dziesiątki zajadłych komentarzy trolli.


Był jednym z niewielu krytyków Kremla, którzy starali się walczyć z kraju, nie z zagranicy. Wierzył, że tak można Rosję zmienić. Ta wiara w moc wieców, demonstracji i ostatni nocny spacer po Moskwie były jego największymi błędami. Zginął kilkaset metrów od muru Kremla, na Wielkim Moskworeckim moście z widokiem na sobór Opieki Matki Bożej, zbudowany przez bezwzględnego mordercę oponentów - Iwana Groźnego. 

Śmierć symbol? W rocznicę "odbicia" Krymu i w Dniu Sił Specjalnych Federacji Rosyjskiej, pod okiem kamer monitoringu, gdzie pełno zawsze tajniaków i mundurowych. Cztery strzały w plecy, sprawcy nieznani, rozpłynęli się w kilka sekund. Na jednym z nagrań monitoringu widać też dwie osoby, które uciekają po strzałach, to najprawdopodobniej tajniacy, zawsze śledzący Niemcowa.

Jeśli ktoś uważa, że w Rosji i Rosjanach coś zmieni się po zabójstwie Niemcowa, bardzo się myli. Historia tego kraju, to długa lista zamordowanych jak on. W tym murze Kremla, obok którego zabito Niemcowa, spoczywa truchło Kirowa, komunisty, który się wychylił przed wodza Stalina. Przyjął zbyt długą owację delegatów podczas XVII zjazdu WKP(b) i zginął od strzału, również w plecy. Stalin, jak Putin teraz, ogłosił, że będzie nadzorował śledztwo. Tradycja usuwania politycznych wrogów jest tu długa i dotyczy setek bojarów, kniaziów, komisarzy. 

Niewielu, poza przyjaciółmi, płacze dziś w Rosji po Niemcowie. Kojarzył się z czasami Jelcyna, a gdzie Jelcynowi do Putina, gwiazdy mediów, do którego ikon modlą się już prawosławne sekty.






Kremlowska propaganda wypuściła, godzinę po śmierci Niemcowa, powtarzany przez reżimowe portale fejk, że głodująca Sawczenko właśnie zmarła. Sensacje zostały natychmiast zdementowane w kanałach SM przez adwokata Sawczenko. Równie szybko zareagował najbardziej niezależny Twitter, gdzie pojawiła się teoria, że to koledzy z KGB mówią Putinowi, znanym mu językiem: "Teraz już nie masz wyboru. Nic bez nas." Twitter nie ma granic i zahamowań, pojawił się i czarny humor, jakoby Russia Today w pośpiechu podała kilka minut przed samym zamachem informację o zastrzeleniu Niemcowa.

W sobotę policja zabrała z mieszkania zamordowanego twarde dyski komputerów. Można uznać, że to rutynowe działanie, jednak Niemcow w ostatnim wywiadzie mówił o upublicznieniu rozmów z rosyjskimi żołnierzami, którzy byli wysyłani do Donbasu. Wiadomo, że dyski mogą zawierać nie tylko informacje niewygodne w kontekście wojny, jaką Rosja prowadzi na Ukrainie, ale również wiele sensacji na temat świty Putina. Posty o Sieczinie i dziwnych finansowych przepływach kapitału między Bankiem Rosji, a Rosnieftem, często ostatnio trafiały na profil Niemcowa na Facebooku. Jako polityk znający ten krąg baronów naftowych, dawnych kagiebowców, wiedział o nich dużo więcej niż publikował.
Hipotezy, jakie snują Izwiestja, są śmieszne i tak dobrze znane w Polsce - nasza ubecja stosowała je przeciw opozycji nie raz:
1. "Zemsta nieznanych sponsorów, finansujących działania wywrotowe Niemcowa, które miały obalić rząd. Forsę przehulał, nie rozliczył się..." itp.
2. "Przechadzał się z bardzo młodą Ukrainką, która w Szwajcarii poddała się aborcji, to może być zemsta zazdrosnego mężczyzny modelki."
3. "Nie zagrażał Putinowi, nie miał już znaczenia, jako polityk opozycji. To prowokacja, która najbardziej szkodzi właśnie prezydentowi." - dodają różni eksperci. To już znamy, tak komentowano też śmierć Litwinienki. I to stanowisko usłużne media przyjęły jako zbliżone do oficjalnej linii propagandowej Kremla.


 
Natomiast bardzo prawdopodobna, a niezbyt chętnie podejmowana, jest hipoteza, że Niemcow zginął z tego samego powodu, co Anna Politkowska. Bo nie o zagrożenie polityczne w bezpośrednim starciu tu chodzi. Putin wygrałby z każdym kontrkandydatem, a jeśli uznałby, że to trudne, wysłałby go do klatki, jak Chodorkowskiego. Niemcow zagrażał wielu nafciarzom, mafiosom, szkolonym na Łubiance, którzy rozdali między siebie karty i rewiry. Nie był dyskretny, miał sporo do ujawnienia, jak Politkowska i Litwinienko. Teraz trwa przeczesywanie dysków jego komputerów, prawdopodobnie tak samo potraktowano dane ponad 80 dziennikarzy, którzy zginęli w Rosji w ostatnich latach.





Mafia nie wybacza:

Paul Chlebnikow - 2004 - Amerykanin, dziennikarz śledczy, szef rosyjskiego Forbesa, ujawniający mafijne struktury władzy na Kremlu, zastrzelony w Moskwie. Brak sprawców.

Anna Politkowska - 2006 - dziennikarka, pisząca o fortunach polityków i wojskowych, wyrosłych na wojnach czeczeńskich, zastrzelona w Moskwie w urodziny Putina. Nie znaleziono sprawców.

Aleksiej Litwinenko - 2006 - oficer, który ujawnił zbrodnie FSB, otruty polonem. Trwa śledztwo brytyjskie, wskazujące na sprawców wysłanych z Kremla.
 

Siergiej Magnitski - 2009 - po opublikowaniu doskonale udokumentowanych informacji o przekrętach putinowców, aresztowany, zmarł w rosyjskim więzieniu.
 

Stanisław Markiełow - 2009 - adwokat Politkowskiej, zamordowany w pobliżu Kremla, prawdopodobnie na zlecenie FSB. Oficjalnie sprawcy nieznani.

Boris Niemcow - 2015 - zastrzelony pod Kremlem dwa dni przed planowaną demonstracją przeciw polityce Putina.


Dwa tygodnie przed śmiercią Niemcow przyznał się w wywiadzie, że jego matka, 87-letnia staruszka, boi się, że Putin go wreszcie wykończy. Dziś prezydent złożył jej oficjalne kondolencje.



czwartek, 8 stycznia 2015

Trzy obrazki z Paryża

 Króciutki tryptyk - trzy kolory, trzy migawki.


-1-
Rozmawiałem kiedyś o północnych dzielnicach Paryża z Polką, paryską przewodniczką, mieszkającą tam od lat. Opisywała, jak odbywa się połykanie całych sektorów i dzielnic przez imigrantów z dawnych kolonii. Zaczyna się np od zwykłej kafejki i czterech kolegów z Algierii, którzy przyjechali do Paryża. Znają francuski, który do 1962 był u nich jeszcze językiem urzędowym, więc do Francji było wyjechać najprościej. Są bezrobotni, więc mają dużo czasu, ale marzą oczywiście o lepszym życiu. Po dziadach odziedziczyli pretensje do europejskich kolonizatorów i zwyczaj przesiadywania przy przesłodzonej herbacie. Okupują godzinami pobliską kafejkę, dyskutują głośno w swoim języku i po kilku miesiącach takich "kuchennych rewolucji" inni stali goście zaczynają to miejsce omijać. Ale przybywa przy stolikach płacących po parę centów znajomych z Algierii. Knajpka staje się "lokalem środowiskowym" i traci dawnego właściciela, który woli odsprzedać ją komukolwiek, kto zechce kupić za niewielkie już pieniądze, czytaj odsprzedać Algierczykom - właśnie w ten sposób słaby pieniądz wypiera mocny. I to jest już punkt lokacyjny nowego siedliska - wokół narasta społeczność samców, siedzących przy herbacie, którzy do życia nie potrzebują wiele, ale potrzebują mieć blisko swoje żony i dzieci - czasem kilka żon, bo islam nie uznaje bigamii za przestępstwo. Sprowadzają je więc, legalnie i nielegalnie, z Afryki. Rośnie społeczność o niewielkich potrzebach, małych ambicjach, zupełnie obca kulturowo, ale uznająca się za paryżan (przynajmniej w drugim pokoleniu).

-2-
No właśnie - a co z bigamią i odmiennością kulturową? Przecież prawo francuskie nie toleruje wielożeństwa. Tyle, że facet, który skolonizował knajpkę gdzieś pod Stad de France, miał te żony, zanim przyjechał do Francji. Ma się rozwieść, porzucić te starsze, brzydsze i zarejestrować w urzędzie jedną? I tak ma urząd gdzieś, chodzi tam tylko po forsę.
Dlatego uważam, że jest już za późno. Przekonał się o tym Nicolas Sarkozy, jeszcze kiedy był ministrem spraw wewnętrznych, wywołując zaostrzeniem polityki wobec imigrantów protesty, płonęły wtedy całe dzielnice. Nota bene, Sarkozy sam jest potomkiem imigrantów z Węgier i Grecji. Kiedy mówił o zakazie noszenia kwefów na twarzach, stał już po przeciwnej stronie, broniąc tych zasymilowanych nowych Francuzów przed zamaskowanymi fanatykami. Wybór dla nas łatwy, dla francuskiego polityka nie - pozwolić na zasłonięcie twarzy potencjalnym zamachowcom i zamknąć (właściwie zaspawać) znów wszystkie uliczne śmietniki w obawie przed bombami, jak po zamachach na stacjach Saint-Michel i Charles de Gaulle - Étoile w 1995, czy kazać odsłaniać twarze i śmietniki? Niestety i jedno, i drugie oznacza dziś
 wojnę na ulicach, przy czującej swą siłę masie, Barbarii - jak nazwał ją Eryk Mistewicz.

-3-
Pamiętam jedną z moich wizyt w Paryżu, wieczorny spacer przez Pola Marsowe, na plac za wieżą Eiffla. A tam zapach kadzidła i balanga przy bębnach i tam-tamach. Tłum - kilkaset osób ustawionych wokół kucających grajków i rytmicznie tańczącej grupy, wyjętej wprost z przewodnika po krajach Maghrebu. Kawał świata w pigułce, bo skwer nazywa się Plac Varsovie. Wracam później metrem do hotelu. Do wagonu co chwila wsiada nowy śpiewak z instrumentem, ale jeden zbiera naprawdę kupę kasy. Pasażerowie płacą, nie żałują. Myślicie, że śpiewa coś ze znanych kawałków Edit Piaff, Brella, czy Aznavoura? Nie! Piosenka jest krótka i brzmi mniej więcej tak: "Je te aime l'Algérie, je te aime Sénégal, je te aime Mozambique, je te aime de tout l’Afrique".

Cieszcie się Paryżem, póki jest. 



piątek, 28 listopada 2014

Między "czarnym złotem" a „żółtą grozą”


Grupa państw OPEC nie będzie ryzykować dla Rosji. Nie obniży planów wydobycia ropy, aby zatrzymać spadek cen na światowych giełdach.



Fantastycznie! Niskie ceny paliw napędzają na świecie koniunkturę w innych gałęziach przemysłu, których w Rosji NIE MA. Żeby zbroić armię i pilnować zagrabionych bez sensu terenów na Krymie, Kaukazie i na Ukrainie, Putin odbierze ruble zwykłym Rosjanom. Już obniżył podatki Gazpromowi - czytaj obniżył koszty sobie i kolegom (ma tam prawie 5 proc udziałów), a wyjął z kasy państwa, czyli odebrał szkołom, szpitalom, obywatelom. Za rok, dwa - jak przewiduje Wiktor Suworow - skończy się Putin i jego gangsterzy, którzy mieli złoty okres - kradli na potęgę, kupowali samoloty, posiadłości w Wielkiej Brytanii, Włoszech, na Lazurowym Wybrzeżu. Aż nagle Wowie z enerdowskiej placówki KGB zachciało się zmienić żonę na młodszą, zamknąć wszystkie niezależne media i grozić wszystkim paluchem. Z czym do ludzi? Rosja umiera - zdemoralizowane, zagubione w postimperialnej propagandzie społeczeństwo kurczy się. Cały ogromny obszar południowego wschodu Rosji kolonizują Chińczycy. W przygranicznych rejonach jest ich 110 mln, gdy po drugiej stronie 6 mln Rosjan. Szacuje się, że tyleż Chińczyków żyje już w Rosji, legalnie i nielegalnie budując swoje interesy. Zakładają wioski, dochodowe plantacje, mają koneksje, plany i za sobą ogromny kapitał. Mogą w ciągu kilku dekad stworzyć Nowokitaj bez użycia armii, po prostu wykupić - jak w Monopoly - to, co jeszcze Rosja uważa za jedyny swój atut - kopalnie, pola naftowe, rurociągi. Rosja próbuje od lat bronić się przed kolonizac znanymi metodami, sekując firmy prowadzone przez podstawionych Rosjan, ale należące do Chińczyków, wprowadzając ograniczenia imigracyjne, ale Nowokitaj już wykiełkował i rośnie na terenach, które kiedyś należały do Chin. To przecież Putin pokazał, jak odebrać coś, co uważał za swoje, stworzył precedens, naruszając granice, pompując ruble w wyrwanie Ukrainie terenów tzw. Noworosji i wysyłając tam czołgi. Chiny będę czekać, obserwując rozkład Rosji - w tej części świata nie ma miejsca na dwa mocarstwa.


To powtórka z historii - mania wielkości popchnęła do przegranej wojny krymskiej cara Mikołaja I, który również uważał się za pana świata. I świat pokazał mu jego miejsce - Rosja, tak jak wtedy, jest zacofana technicznie i gospodarczo. PKB tego rozkładającego się molocha jest porównywalne z PKB Włoch, rosyjska gospodarka jest tak niewydolna, że WSZYSTKO muszą importować, nawet podstawowe produkty spożywcze. Putin zapoczątkował tylko lawinę, która potoczy się znacznie szybciej niż upadek caratu po klęskach 1856. Nie pomogą setki szpiegów i agentów wpływu w krajach UE, nie pomogą umizgi do Chińczyków. Rosja zgnije od wewnątrz, a Chiny kiedyś to wakorzystają.



Korzystałem między innymi z informacji zawartych na niezależnych blogach Rosjan (systematycznie zamykanych, zmieniających adresy serwerów) np. TEGO "Желтая угроза"

niedziela, 5 października 2014

Prawdziwe kłamstwa

No i wydało się! Po mojej lewej stronie siedzi kłamca, po prawej siedzi... kłamca. 


Wybrałem się na wykład inauguracyjny Uniwersytetu Dziecięcego. Mój syn w auli obok słucha o wędrówkach z mikroskopem po niewidzialnych światach, ja słucham o kłamczuchach, na razie dorosłych, później o maluchach. Słucham i robię rachunek sumienia. Żonę poderwałam kłamiąc, bo nie powiedziałem jej, że ma fantastyczny tyłek i chciałbym to sprawdzić dokładniej, tylko bujałem, że marzę o spotkaniu przy herbacie... Nawet nie przy kawie, której nie lubiła, o czym wiedziałem. Fuj kłamczuch, ale skuteczny, jak się później okazało. Kłamałem idąc do pierwszej pracy w Dzienniku, bo czy naczelny chciałby usłyszeć, że jego gazeta jest do dupy i trzeba w niej wszystko zmienić. Kłamałem, zaczynając wydawać miesięcznik motoryzacyjny, bo nie bardzo wtedy pamiętałem z liceum, co to moment obrotowy. Przypomniałem sobie szybko i widać ludzie lubią być okłamywani, bo po trzech miesiącach łgania magazyn stał się bestsellerem, a inne - publikujące inżynierskie tabelki - upadły. Czy jestem kłamcą notorycznym? Chyba nie, podobno 60 proc. wszystkich konwersacji ma charakter kłamstewek, a ludzie kłamią średnio co 10 minut. Zdaje się, że u mnie to minimum 30 minut. 
Przesadzałem, koloryzowałem, szukałem wymówek, mea culpa. Czy gdybym mówił szczerze całą prawdę i tylko prawdę, siedziałbym na uniwersyteckich wykładach z synem, słuchającym o mikroskopach za ścianą? Czy w ogóle bez tych kłamstw byłaby możliwa komunikacja z przyszłą żoną, która chyba też myślała o czymś więcej, niż o herbacie, jednak nie była wtedy gotowa na szczere zaproszenie na kolację ze śniadaniem. Nie sądzę, aby tego rodzaju kłamstwa były niemoralne. Nasze życie stanęłoby bez nich w miejscu, zamarłaby komunikacja i relacje straciłyby wdzięk. 
Pani doktor psychologii przechodzi do tematu sumienia i relatywizmu moralnego, a ja zastanawiam się, czy jestem społecznym konformistą, bajerującym dla świętego spokoju, czy wręcz przeciwnie. Ile konfliktów wynikło ze szczerego powiedzenia znajomym prawdy w oczy? Zabawne, bo te małe potrzebne kłamstwa gdzieś przebrzmiały, a niepotrzebna prawda do dziś przez lata leży cieniem na moich relacjach z pewnymi osobami. Może do prawdy o sobie trzeba dorosnąć, aby unieść ciężar kilku szczerych zdań. 
Spojrzenie z dystansu na własną karygodną prawdomówność i kłamstwa pozwala mi dziś odpowiedzieć na pozornie proste pytanie, czy wychowuję syna do życia w kłamstwie, czy w prawdzie. Będą z niego ludzie, czy nie? 
Efektem wykładu są moje lekko oderwane od niego przemyślenia. Nic się nie zmieniło od czasów studenckich, wtedy gryzmoliłem w auli własne wytwory, układające w pamięci to, co wpadało do ucha. Dziś, ściskający pierwszy indeks syn też ma przemyślenia i również nie robił notatek. Geny?

piątek, 15 sierpnia 2014

Rosyjska dusza u psychologa

Słucham przemówienia Putina o ochronie ludności cywilnej, o utracie kontroli przez rząd Ukrainy i coś mi ono przypomina:

"Rząd polski rozpadł się i nie przejawia żadnych oznak życia. (...) Dlatego też rząd sowiecki, który zachowywał dotąd neutralność, nie może pozostać dłużej neutralnym w obliczu tych faktów.
Rząd sowiecki nie może również pozostać obojętnym w chwili, gdy bracia tej samej krwi, Ukraińcy i Białorusini, zamieszkujący na terytorium Polski i pozostawieni swemu losowi, znajdują się bez żadnej obrony.
Biorąc pod uwagę tę sytuację, rząd sowiecki wydał rozkazy naczelnemu dowództwu Armii Czerwonej, aby jej oddziały przekroczyły granicę i wzięły pod obronę życie i mienie ludności zachodniej Ukrainy i zachodniej Białorusi.
Rząd sowiecki zamierza jednocześnie podjąć wszelkie wysiłki, aby uwolnić lud polski od nieszczęsnej wojny, w którą wpędzili go nierozsądni przywódcy, i dać mu możliwość egzystencji w warunkach pokojowych.

Podpisano: komisarz ludowy spraw zagranicznych
WIACZESŁAW MOŁOTOW"




To kuriozalna nota, wręczona rano 17 września 1939 roku polskiemu ambasadorowi w Moskwie. Wacław Grzybowski odmówił jej przyjęcia. Składała się z samych kłamstw, ale czy rosyjska dyplomacja kiedykolwiek dbała o protokół, formy, o prawdę? Zawsze była narzędziem wewnętrznej propagandy. Dużo wcześniej napaść na Polskę została uzgodniona na najwyższym szczeblu Hitler-Stalin, a z terminem ataku Rosjanie czekali na niemiecki komunikat (fałszywy) o zdobyciu Warszawy.

Co ciekawe, wydarzenia 17.09.39 we wszystkich wersjach językowych Wikipedii nazywane są "napaścią", a w rosyjskiej wciąż "ochroną". Rosjanie nigdy nie przyznali się, że to oni wspólnie z hitlerowcami rozpoczęli II wojnę światową. Jako jedyni wśród sprawców, sojuszników Hitlera, wynieśli z tej wojny korzyści. "Homo sovieticus", o którym mówił ks. Tischner, zaludnia ćwierć naszej półkuli od Kaliningradu po Kamczatkę i odradza się z każdym pokoleniem, karmiony od dziecka podobnymi oficjalnymi kłamstwami i snami o potędze. Wikipedia rosyjska to tylko czubek lodowej góry propagandy. Powszechny kult mordercy Stalina, który - według Sołżenicyna - wysłał na śmierć 60 mln Rosjan może dziwić Europejczyków, ale nie dziwi w Moskwie, a zwłaszcza na prowincji. Wyparcie to drugie imię Rosji. Osławiona rosyjska dusza jest zresztą doskonałym obiektem dla psychologa, studiującego mechanizmy obronne, np. racjonalizację. Wszystkie decyzje carów, genseków, współczesnych imperatorów były zawsze racjonalnie uzasadniane post factum, a prawda, rzeczywiste motywy pozostawały ukryte nawet przed świadomością tych, którzy decydowali. Na wieki pozostały też ukryte przed milionami prostaczków. Jedyne owoce, które obrodziły w tym kraju to "gorzkie winogrona" i "słodkie cytryny" - dwa typy racjonalizacji opisane przez Freuda. "Sankcje Zachodu? Pomogą naszemu przemysłowi się rozwinąć" - słodkie cytryny. Kilkadziesiąt tysięcy Rosjan na lodzie po upadku biur podróży, czeka na samoloty ministerstwa spraw nadzwyczajnych, a  minister kultury Władimir Mediński na to, żeby nie latać "gdzie najtaniej, do jakichś tam Turcji, Egiptów" - gorzkie winogrona.

Pamięć złotej rybki wykazuje większość Rosjan. Na Twitterze zwróciłem kiedyś uwagę przemądrzałemu wyznawcy Noworosji, który groził światu drugim Auschwitz pod faszystowskim Kijowem. Napisałem, że jemu nie wypada, bo nigdy nie osądzili zbrodniarzy mordujących w Katyniu. Odpowiedział: "Ech Paljak, ty jeszczo barfolomiejewskuju nocz budiesz popriekat?". Cynizm? Ignorancja? Wyparcie grzechów ojców ze zbiorowej pamięci? Może nie wiedział? W rosyjskiej Wiki jednak nie znalazłem wersji alternatywnej, obowiązującej przez dziesięciolecia, o hitlerowcach strzelających w tył głów tysięcy polskich oficerów. Jest tam spora nota o "Katyńskim rozstrzelaniu", bo czy to może być tam nazwane zbrodnią w kontekście spowszedniałych milionów ofiar stalinizmu? Umieszczono nawet fotokopię notatki Berii, sugerującego wymordowanie jeńców, z podpisem akceptującego ten plan Stalina. Dla nas to ludobójstwo, a dla narodu z przetrąconą pamięcią i sumieniem rzecz zwyczajna.
Ale skoro dowody przekazał Polakom "zdrajca Gorbaczow", mleko się wylało. Można jeszcze podrażnić rodziny ofiar w kolejnych procesach, odrzucając ich roszczenia, jednak czy Rosjanom potrzebna dziś wersja alternatywna w Wikipedii? Chyba nie, po prostu to sobie racjonalizują. Wiceprzewodniczący Dumy twierdzi przecież, że "wszystkie bez wyjątku decyzję Stalina były słuszne" i obawiam się, że większości Rosjan wpojono wygodną formułkę, że Katyń to usprawiedliwiony odwet ZSRR za klęskę roku 1920. Nawet inteligentni ludzie w tym dziwnym kraju niechętnie przyznają, że ich ojcowie i dziadowie mogli być zbrodniarzami, których nie osądził żaden trybunał norymberski. Wolą święcić "Dień pabiedy", popijając wódeczkę i rycząc "urrra!" na Placu Czerwonym.
Rosyjska dusza nie zmieniła się od lat, tam nadal za narodowy cel uznaje się osiągnięcie powszechnego, światowego strachu przed Rosją. Poznałem kiedyś ukraińskiego dziennikarza, który już w roku 2001 powiedział: "Nie zapominaj, że Putin to pułkownik komunistycznej służby KGB i prędzej czy później on o tym światu przypomni". Nie mylił się, przypomniał to najboleśniej Ukraińcom.
Słucham tej papki propagandowej z Jałty, jakbym cofnął się do czasów komisarzy ludowych. Została specjalnie przygotowana dla milionów wypranych z refleksji patriotów, wpatrzonych jak w ikonę w aparatczyka, który po cichu, ukazami z Kremla wysyła do Donbasu pociski, czołgi, wyrzutnie Grad, aby mordowały, a przed kamerami mówi o pokoju i ochronie ludności cywilnej. Stara szkoła Czeka. Prostackie to wszystko, ale oprawa ma kłuć w oczy ciemny lud imperialnym bogactwem. "Zasłużyliśmy, naród wstał z kolan po latach upokorzeń" - mówi wódz, a naród w uniesieniu bije brawo. Przypomina mi się "Tomorrow belongs to me" z "Kabaretu" Boba Fosse'a.

Musimy przywyknąć do tego, że mamy za wschodnią granicą ZSRR bis. Jednak tym razem jesteśmy po drugiej stronie ścian klatki z pomrukującym miśkiem. Budujmy, bogaćmy się i bądźmy przygotowani, gdyby kiedyś próbował przełożyć łapę przez kraty.