Tyle pogardy dla tych matek upokarzanych w Sejmie, które dopominają się o
swoje, o obiecane, o to tylko, żeby oszustwo nie trwało kolejne lata.
Pisowscy baronowie i podrzędni partyjni konferansjerzy już straszyli je
paragrafami, oskarżali o polityczne intencje, wiązali z mordercami
noworodków w wypowiedziach do kamer. Najemnicy z TVP urządzili im
24-godzinnego Big Brothera z obiektywami i mikrofonami, wycelowanymi
dokładnie w ten kąt, w którym żyją już trzy tygodnie na posadzce.
Może ich mundurowi wywloką stamtąd, gasząc wcześniej światło i wszystkie
kamery. Tak boją się prawdy. Może zagłuszą sygnał sieci komórkowych, jak to już raz Kaczyński
zrobił w stosunku do protestujących pielęgniarek. Ale ci zdeterminowani ludzie już
dziś osiągnęli wiele. Nie pozwolili zbyć się kłamstwem i ochłapem.
Zmienili odbiór społeczny u tych, którzy w pędzie korporacyjnych
korytarzy nawet nie myśleli, że tak duża część Polaków żyje bez środków,
bez perspektyw i podstawowych rozrywek. Chyba rozmiękczyli twarde
liberalne serca.
Nie ma już Polski liberalnej i Polski socjalnej.
Są udające współczucie przed wyborami przypadkowe miernoty, które po
wgramoleniu się na stołki doją budżet, latają biznes klasami, szastają
miliardami na duperelne pomniczki, ławeczki, jachty-srachty. A kiedy
przychodzi potrzebujący, spieprzają z sejmu do domu, na urodziny księdza
biskupa, do kościoła, żeby odgrywać rolę, która w ich przekonaniu
zapewni im wieczne rządzenie… Wymodlić wieczne urządzanie się.
PiS
zdemaskował własną podłość i obudził ludzkie uczucia u opozycji, spełnił
rolę Mefista z Fausta. Panu Jarkowi powinni na grobie wyryć "Jam jest
tej siły cząstką drobną, co zawsze złego chce i zawsze sprawia dobro".
Bo po pisowskiej okupacji, tego formatu politycy muszą mandatami
odpowiadać za łgarstwa, podłości, manipulacje i sprzeniewierzenia. Muszą
zmienić się warunki kontraktu społeczeństwa z posłem, czy senatorem, a
odpowiedzialność w tym zawodzie będzie egzekwowana tak samo jak od
lekarza, nauczyciela, przedsiębiorcy. Drobni cwaniacy liczący na
kadencję dojenia kraju i łgania w żywe oczy znikną.
Mam nadzieję.
środa, 16 maja 2018
wtorek, 30 stycznia 2018
O polityce sprzed 1000 lat - lekcje historii prawdziwej
Jak myślisz Synku, ile jest historii w plotce, a ile plotki w historii? Zwłaszcza w tej odległej, gdzie zaciera się granica między szlachetnym słowem legenda, a staropolskimi słowami: obmowa, potwarz, albo jeszcze starszym - kalumnia? Gawędzimy z synem w drodze do szkoły o Piastach.
Kto by zapamiętał wszystkich Konradów Laskonogich, Henryków Brzuchatych, Bernardów Zwinnych i Bolesławów Rozrzutnych? To wszystko autentyczne przydomki. Ale już to, że Kinga była Święta, bo jej mąż Bolesław był Wstydliwy, nastolatek zapamiętuje bezbłędnie.
Pomagają nam fragmenty gregoriańskiego chorału sprzed wieków. Wałkujemy więc dzieje od Mieszka i roku chrztu Polski, przez zjazdy, koronacje, bunty, wygnania i potykamy się o króla, po którym przez ponad 200 lat żaden Piast nie założył królewskiej korony.
Trudny temat dla młodego człowieka. Bolesław Szczodry, nazwany potem Śmiałym, jest królem, na którego patrzymy z jednej strony z punktu widzenia dwóch nieprzychylnych katolickich kronikarzy – mnicha Galla i polskiego biskupa Wincentego Kadłubka – z drugiej, rzucamy na szalę wszystko dobre, co Bolesław zrobił jako wybitny władca, zanim zawaliła się jego kariera.
Jak nie założyć synowi antyklerykalnych klapek na oczy, a jednocześnie nie zostawić go z czarno-białym obrazem z kroniki Kadłubka, gdzie podła bestia w koronie rozszarpuje na strzępy nieskalanego świętego. Bolesław Szczodry u Galla Anonima jest potraktowany powściągliwie i marginalnie, jakby kronikarz chciał napisać więcej, ale nie mógł. Pewnie dlatego, że mecenas Galla, brat króla był 30 lat wcześniej w opozycji i wspierał krakowskiego biskupa.
Konflikt króla Bolesława i biskupa krakowskiego Stanisława ze Szczepanowa to polski odprysk walki korony z tiarą. W Rzymie walczyli o władzę nad ziemskim światem papież Grzegorz VII z cesarzem Henrykiem IV, u nas biskup z królem. Tam skończyło się upokorzeniem bosego cesarza pod Kanossą, u nas tragedią przed ołtarzem na Skałce. Zginął biskup, skazany za zdradę i stracony (lub zabity nagle), a król musiał uchodzić z ciężarem klątwy.
O tle konfliktu wiemy tyle, że Bolesław odzyskał dla Polski utraconą za jego nieudolnego dziada koronę królewską, prowadząc dalekowzroczną politykę propapieską. Wiemy, że biskup Stanisław pomagał mu w tym, aż do momentu, kiedy odmówiono mu arcybiskupstwa gnieźnieńskiego. Wiemy, że opozycja antykrólewska skupiła się wokół biskupów i liczyła na wsparcie cesarza. Paradoks, purpuraci w obozie wrogim papieżowi, aby obalić polskiego króla.
Wielka polityka. Naprawdę wielka - matką Bolesława była córką Włodzimierza Wielkiego, władcy Rusi, babką - błogosławiona z najlepszej rodziny cesarskiego dworu, żoną - kijowska księżniczka, szwagierką - córka króla Czech. Tak skoligacony władca Polski miał prawo uważać się za jednego z możnych chrześcijańskiego świata, który cesarze niemieccy dzielili na Romę, Galię, Germanię i Sclavinię. Parł więc na Wschód i starał się umocnić swoją władzę w kraju. To on, nie Chrobry, wyszczerbił miecz na bramie Kijowa. Zmęczone długimi wyprawami rycerstwo nie podzielało chyba tych ambicji. Bunt zbiegł się z reformą kościelną, która uszczuplała dobra i zakres władzy biskupa krakowskiego. Pretekst do sporu się znalazł - według kronikarzy, biskup grzmiał na surowego króla, karzącego niewierne żony rycerzy, ale też król wyrzucał biskupowi zdradę i niemoralność - tak przynajmniej z plotek tłumaczył biskupa inny biskup, Wincenty Kadłubek.
Finał tragiczny: najstraszniejsza broń kleru - klątwa, skazanie duchownego za zdradę, śmierć biskupa Stanisława, kult relikwii i wygnanie króla w 1079, a potem upadek międzynarodowej rangi Polski, rządy książąt, aż do koronacji Przemysła II w 1295.
Co z tego pozostało po wiekach? Srebrny sarkofag biskupa Stanisława w centralnym punkcie katedry wawelskiej, ponad grobami wielkich królów… biskupa skazanego za zdradę, a uznanego za patrona Polski. Natomiast grób króla Bolesława, wyciosany z kamiennej płyty nagrobnej rzymskiego legionisty, gdzieś między grobami biednych mnichów klasztoru w Karyntii z napisem „Bolesław król Polski, zabójca świętego Stanisława, biskupa krakowskiego”.
Ciśnie się na usta banał o religii i polityce, ale przecież to średniowiecze, kiedy polityka i religia przenikały się w stolicach i na prowincji. Chyba najlepiej na podsumowanie nadaje się akapit z Pawła Jasienicy: „Katoliccy, czyli rzymscy, biskupi musieli spoglądać na państwo polskie chociażby nieco z góry. Nie potrzebowali być na to zaraz Niemcami, jak Thietmar. Wystarczał sam „charakter” urzędu duchownego. Ich mocodawcą było Wieczne Miasto, stolica świata, szafarz koron. Dłonie ich przodownika, arcybiskupa Gniezna, posiadały moc namaszczania królów. Mowa łacińska, święcenia kapłańskie, infuły, paliusze, pastorały, to wszystko pochodziło z tej samej strony świata, z której kraj Piastów brał wzory, gdzie było światło oraz nadrzędne potęgi.”
***
Prowadzimy lekcje historii w samochodzie, jadąc do szkoły. Trzeba w domu korygować podstawę programową szkół podstawowych, stworzoną na zamówienie idiotów. #LekcjeHistoriiPrawdziwej #TLDR
niedziela, 10 grudnia 2017
Kto to jest prawdziwy Polak, a kto zdrajca - lekcje historii prawdziwej
Kolejna lekcja historii prawdziwej, mój Synku.
Kto to jest prawdziwy Polak, patriota, a kto zdrajca?
Czy zdrajcami byli ubrani w zachodnie stroje zwolennicy Konstytucji 3 maja, czy arcypolskie szlachciury w kontuszach, z podgolonymi łbami i najważniejsi biskupi polscy, którzy obalili nowe prawa zawiązując Konfederację targowicką? Nie wierz w bzdury, wykrzykiwane w TVP. To PiS spełnia dziś dokładnie taką rolę, jaką spełniła w XVIII w. Targowica. Przeklinała prozachodnich jakobinów z Kościuszką i Kołłątajem (ówczesne lewactwo), uśmiechała się do Rosji, a z poparciem biskupów kwestionowała wprowadzony przez Konstytucję 3 maja trójpodział władzy, bo godził w ich stołki, synekury i pozycję kościoła.
Kreml też wtedy uznał, że to szansa. Carscy szpiedzy obserwowali sytuację, płacąc ciężkimi rublami agentom na Zachodzie i w Polsce, aby nic nie przeszkodziło w tej katastrofie, którą zgotowaliśmy sobie sami. Kiedy, kupujący wcześniej w Polsce zdrajców i blokujący reformy, rosyjski feldmarszałek Repnin wszedł tu oficjalnie po swoje z armią carycy Katarzyny, miał już polityczne przedpole przygotowane przez rozmodlonych "patriotów", kpiących z zachodniej mody i rewolucyjnych idei przenikających z Zachodu.
Nic nie pomogły reformy Konstytucji, ani Uniwersał Połaniecki i wezwanie chłopów do obrony kraju, nie pomógł geniusz militarny Kościuszki, ani wyroki śmierci dla biskupów i hetmanów z samego szczytu polityki tamtych lat. Przegraliśmy wtedy wszystko, bo pozwoliliśmy się wykiwać, wierząc w bożą opatrzność, dawno przebrzmiałą polską wielkość, nie doceniając polityki Kremla.
Dziś daliśmy sobie narzucić narrację historycznych nieuków z PiS, a trzeba na każdym kroku przypominać tę analogię, np. piętnując łyse bojówki ONR, które urządzają sceny wieszania portretów, podobne do wieszania zdrajców podczas insurekcji kościuszkowskiej. Tyle, że wtedy wnerwiony suweren powiesił portrety: ministra wojny, hetmana Branickiego, wojewody, poety Szczęsnego Potockiego, oratora-dramatopisarza, hetmana Rzewuskiego. Tylko portrety, bo ci przedstawiciele politycznej elity zwiali. Zawiśli za to fizycznie na szubienicach inni politycy, którzy walczyli z prozachodnimi jakobinami - biskupi: Kossakowski, Massalski oraz hetmani: Zabiełło i Ożarowski.
Czyje portrety powinny dziś dyndać w Katowicach, gdyby narodowcy uczyli się polskiej historii? Komu przeszkadza dziś wolne sądownictwo? Kto patrzy z niechęcią na zachód Europy, a jeździł z wizytami na wschód? To kilka pytań, których nie znajdziesz w książce, ale pogadamy o tym jeszcze w samochodzie.
#LekcjeHistoriiPrawdziwej Trzeba w domu korygować podstawę programową szkół podstawowych, stworzoną na zamówienie idiotów.
Kto to jest prawdziwy Polak, patriota, a kto zdrajca?
Czy zdrajcami byli ubrani w zachodnie stroje zwolennicy Konstytucji 3 maja, czy arcypolskie szlachciury w kontuszach, z podgolonymi łbami i najważniejsi biskupi polscy, którzy obalili nowe prawa zawiązując Konfederację targowicką? Nie wierz w bzdury, wykrzykiwane w TVP. To PiS spełnia dziś dokładnie taką rolę, jaką spełniła w XVIII w. Targowica. Przeklinała prozachodnich jakobinów z Kościuszką i Kołłątajem (ówczesne lewactwo), uśmiechała się do Rosji, a z poparciem biskupów kwestionowała wprowadzony przez Konstytucję 3 maja trójpodział władzy, bo godził w ich stołki, synekury i pozycję kościoła.
Kreml też wtedy uznał, że to szansa. Carscy szpiedzy obserwowali sytuację, płacąc ciężkimi rublami agentom na Zachodzie i w Polsce, aby nic nie przeszkodziło w tej katastrofie, którą zgotowaliśmy sobie sami. Kiedy, kupujący wcześniej w Polsce zdrajców i blokujący reformy, rosyjski feldmarszałek Repnin wszedł tu oficjalnie po swoje z armią carycy Katarzyny, miał już polityczne przedpole przygotowane przez rozmodlonych "patriotów", kpiących z zachodniej mody i rewolucyjnych idei przenikających z Zachodu.
Nic nie pomogły reformy Konstytucji, ani Uniwersał Połaniecki i wezwanie chłopów do obrony kraju, nie pomógł geniusz militarny Kościuszki, ani wyroki śmierci dla biskupów i hetmanów z samego szczytu polityki tamtych lat. Przegraliśmy wtedy wszystko, bo pozwoliliśmy się wykiwać, wierząc w bożą opatrzność, dawno przebrzmiałą polską wielkość, nie doceniając polityki Kremla.
Dziś daliśmy sobie narzucić narrację historycznych nieuków z PiS, a trzeba na każdym kroku przypominać tę analogię, np. piętnując łyse bojówki ONR, które urządzają sceny wieszania portretów, podobne do wieszania zdrajców podczas insurekcji kościuszkowskiej. Tyle, że wtedy wnerwiony suweren powiesił portrety: ministra wojny, hetmana Branickiego, wojewody, poety Szczęsnego Potockiego, oratora-dramatopisarza, hetmana Rzewuskiego. Tylko portrety, bo ci przedstawiciele politycznej elity zwiali. Zawiśli za to fizycznie na szubienicach inni politycy, którzy walczyli z prozachodnimi jakobinami - biskupi: Kossakowski, Massalski oraz hetmani: Zabiełło i Ożarowski.
Czyje portrety powinny dziś dyndać w Katowicach, gdyby narodowcy uczyli się polskiej historii? Komu przeszkadza dziś wolne sądownictwo? Kto patrzy z niechęcią na zachód Europy, a jeździł z wizytami na wschód? To kilka pytań, których nie znajdziesz w książce, ale pogadamy o tym jeszcze w samochodzie.
#LekcjeHistoriiPrawdziwej Trzeba w domu korygować podstawę programową szkół podstawowych, stworzoną na zamówienie idiotów.
środa, 6 grudnia 2017
„Mógłbyś, gdyby nie sądy…”
Był taki władca, którego Polacy przechowali w złej pamięci jako despotę, choć przecież nie były to w Europie czasy łaskawego prawa i sprawiedliwości. Król pruski Fryderyk II też uznawał ingerencję w kiełkujący wtedy trójpodział władzy za „narzędzie polityczne”, ale zdarzyło się, że odbił się od sądów, które solidarnie stanęły w obronie swojej niezależności.
Zachowały się dwie historie z morałem, przytaczane jako przykłady pruskiej praworządności.
Pierwsza z nich jest raczej legendą, choć w każdej legendzie jest odrobina prawdy.
Orzecznictwo sądowe stało się marionetką w rękach monarchy, z czego drwiła Europa. Sędziowie poczuli się obrażeni, radcy Sądu Kameralnego nie chcieli przeprowadzić procesu dyscyplinarnego i karać kolegów za coś, co sami po zbadaniu sprawy uznali za słuszne. Minister sprawiedliwości oświadczył królowi, że nie widzi możliwości wydania wyroku przeciwko urzędnikom aresztowanym w związku ze sprawą. Finał był taki, że król sam ogłosił winę i wyrok oraz kwoty odszkodowań dla młynarza Arnolda, który zresztą od dawna już nie żył.
Po awanturach sądowych z Fryderykiem II, w Ogólnym Prawie Krajowym, tzw. Landrechcie, w roku 1794 znalazł się zapis o pozostawieniu sądom swobody rozstrzygania sporów. Niezależność sądów od władzy ustawodawczej i wykonawczej zapisano też trzy lata wcześniej w polskiej Konstytucji 3 Maja. Sądy powinny być niezależnym elementem państwa, odważnym w swoich decyzjach, wolnym od wszelkich gróźb i nacisków politycznych. Bez nich upada podmiotowość obywateli, czyli tego „suwerena”, którego odmieniają przez wszystkie przypadki politycy PiS. O sędziach, których na najwyższe stanowiska powołuje głosujący aparat partyjny trudno powiedzieć, że są odważni lub niezależni. To bardzo źle wróży Polakom, którzy pozostaną bez obrony – zarówno ze strony Konstytucji RP, stojącej w hierarchii aktów prawnych najwyżej, jak i obrony instytucjonalnej, w sądach powszechnych. O to prawo należy walczyć, wspierając niezawisłych sędziów i wszystkich prawników niezgadzających się ze zmianami, które mają sądy upartyjnić.
Pamiętacie sprawę oskarżenia, osądzenia i skazania Polaka przez partyjnego barona i upartyjnione media nie tak dawno. Kierowcą samochodu, w który wpada rozpędzona limuzyna BOR mógł być każdy z nas. W ten sam dzień na polskich drogach doszło do 52 wypadków drogowych, w których zginęły 4 osoby, a 63 zostały ranne, ale w tamtych sytuacjach policjanci nie odesłali wszystkich świadków do domów, bez zebrania zeznań. Nie przesłuchiwano podejrzanych bez adwokata, nie postawiono im zarzutów przed zebraniem dowodów, obrazów z kamer monitoringu i opinii biegłych sądowych. Nie przekazano przedwczesnego wyroku rządowym mediom do ogłoszenia? Właśnie po to jest niezależność wymiaru sprawiedliwości, aby aparat urzędniczy nie mógł skazywać zaocznie w taki bezwzględny sposób, jak to się działo w wypadku 21-letniego kierowcy seicento, który znalazł się na trasie samochodu BOR z premier Szydło.
Zajmuję się od 20 lat motoryzacją i wiem, jak wyglądają i ile trwają czynności po kolizji i wypadku. Wiem też, kiedy wolno postawić kategoryczny zarzut sprawstwa wypadku.
Takie sytuacje budują w ludziach coraz silniejszy bunt przeciw wyhodowanej na państwowym wikcie grupie partyjniaków, wożących się co tydzień pancernymi limuzynami przez pół Polski do prywatnych domów. Co gorsza, próbują oni właśnie utrwalić i usankcjonować swoje niezasłużone przywileje. Politycy coraz częściej ignorują prawo, mało tego – dają do zrozumienia, że są ponad prawem, że mogą łamać zasady dotyczące zwykłych śmiertelników. Przykładów są setki. To przewartościowanie norm, które cofa nas do PRL, kiedy zwykły człowiek niewiele mógł, a partyjni ważniacy mieli poczucie bezkarności.
Zachowały się dwie historie z morałem, przytaczane jako przykłady pruskiej praworządności.
Pierwsza z nich jest raczej legendą, choć w każdej legendzie jest odrobina prawdy.
Kiedy Fryderyk II, nazwany później Wielkim, zbudował swoją siedzibę w Sanssouci pod Poczdamem, harmonię pejzażu psuł mu jeden z wiatraków, których wokół było wiele, jako że zaopatrywały w mąkę liczne garnizony wojska. Fryderyk postanowił wykupić teren od młynarza, ten jednak odrzucał wszystkie oferty. „Mógłbym przejąć na mocy nadanej mi jako władcy twoją ziemię bez odszkodowania” – miał powiedzieć do właściciela wiatraka król. „Mógłbyś, Wasza Wysokość, gdyby nie było sądów w Berlinie.” – odpowiedział młynarz. Król podobno darował i te słowa, i dalszą walkę z wiatrakami. Tyle legendy.
Druga z historii, również z czasów Fryderyka II, jest faktem, udokumentowanym i brzemiennym w skutki, a dotyczy królewskiej interwencji w sprawie skargi młynarza Arnolda, który uznał się za pokrzywdzonego przez sąd. Sprawa dotyczyła płatności dzierżawy hrabiemu, właścicielowi majątku, któremu młynarz zalegał z opłatami, motywując opóźnienia tym, że hrabia-krwiopijca zakładając staw rybny powyżej młyna, pozbawił go wody. Sąd nie uznał racji Arnolda, podobnie jak biegli wyznaczeni przez króla, który włączył się do sprawy, głosząc, że prawo musi być równe dla bogatych i biednych. Skoro ma być równe, skierowano sprawę przed Sąd Apelacyjny w Kostrzynie, ale i on po rozpoznaniu uznał, że skarga Arnolda nie ma podstaw. Wkurzony Fryderyk osobiście przekazał sprawę Sądowi Kameralnemu w Berlinie, ale i tamci sędziowie odrzucili wniosek o rewizję.
Druga z historii, również z czasów Fryderyka II, jest faktem, udokumentowanym i brzemiennym w skutki, a dotyczy królewskiej interwencji w sprawie skargi młynarza Arnolda, który uznał się za pokrzywdzonego przez sąd. Sprawa dotyczyła płatności dzierżawy hrabiemu, właścicielowi majątku, któremu młynarz zalegał z opłatami, motywując opóźnienia tym, że hrabia-krwiopijca zakładając staw rybny powyżej młyna, pozbawił go wody. Sąd nie uznał racji Arnolda, podobnie jak biegli wyznaczeni przez króla, który włączył się do sprawy, głosząc, że prawo musi być równe dla bogatych i biednych. Skoro ma być równe, skierowano sprawę przed Sąd Apelacyjny w Kostrzynie, ale i on po rozpoznaniu uznał, że skarga Arnolda nie ma podstaw. Wkurzony Fryderyk osobiście przekazał sprawę Sądowi Kameralnemu w Berlinie, ale i tamci sędziowie odrzucili wniosek o rewizję.
Wojna z sędziami zawsze jest przegrana
Monarcha podobno wymyślał okrutnie, nazywając sędziów łobuzami, krętaczami, biorącymi łapówki od bogatego hrabiego, właściciela stawu i od kolesiów z sądów niższych instancji, zniósł więc wyrok Sądu Kameralnego i określił zarówno winnych jak i kary: przywrócił Arnoldowi prawo korzystania z młyna, kazał zasypać staw, a urzędnicy i sędziowie odpowiedzialni za poprzednie wyroki zostali uwięzieni lub pozbawieni funkcji. Fryderykowi zależało jednak na usankcjonowaniu jego monarszego wyroku, czyli jego surowe kary powinna zatwierdzić trzecia władza. Zażądał więc ukarania także berlińskiego Sądu Kameralnego, a w piśmie do sędziów napisał: „Wzywam was, żebyście natychmiast tych trzech ludzi z Sądu Kameralnego osądzili ostro i zgodnie z ustawą skazali na pozbawienie urzędu oraz areszt w twierdzy. Powiadam wam przy tym, że jeśli się to nie stanie z całą surowością, to wy i całe kolegium kryminalne będziecie mieli ze mną do czynienia”, czyli proponował coś w rodzaju kar dyscyplinarnych dla sędziów, jakie forsuje obecnie król Zbigniew. Sprawa ciągnęła się dziewięć lat. Senat Sądu Kameralnego i urzędnicy całych Prus, wbrew królewskim pismom, groźbom i rozkazom, stawili solidarny opór. Zaszkodziło to wszystkim.Orzecznictwo sądowe stało się marionetką w rękach monarchy, z czego drwiła Europa. Sędziowie poczuli się obrażeni, radcy Sądu Kameralnego nie chcieli przeprowadzić procesu dyscyplinarnego i karać kolegów za coś, co sami po zbadaniu sprawy uznali za słuszne. Minister sprawiedliwości oświadczył królowi, że nie widzi możliwości wydania wyroku przeciwko urzędnikom aresztowanym w związku ze sprawą. Finał był taki, że król sam ogłosił winę i wyrok oraz kwoty odszkodowań dla młynarza Arnolda, który zresztą od dawna już nie żył.
Walczymy o oczywiste prawa
Po awanturach sądowych z Fryderykiem II, w Ogólnym Prawie Krajowym, tzw. Landrechcie, w roku 1794 znalazł się zapis o pozostawieniu sądom swobody rozstrzygania sporów. Niezależność sądów od władzy ustawodawczej i wykonawczej zapisano też trzy lata wcześniej w polskiej Konstytucji 3 Maja. Sądy powinny być niezależnym elementem państwa, odważnym w swoich decyzjach, wolnym od wszelkich gróźb i nacisków politycznych. Bez nich upada podmiotowość obywateli, czyli tego „suwerena”, którego odmieniają przez wszystkie przypadki politycy PiS. O sędziach, których na najwyższe stanowiska powołuje głosujący aparat partyjny trudno powiedzieć, że są odważni lub niezależni. To bardzo źle wróży Polakom, którzy pozostaną bez obrony – zarówno ze strony Konstytucji RP, stojącej w hierarchii aktów prawnych najwyżej, jak i obrony instytucjonalnej, w sądach powszechnych. O to prawo należy walczyć, wspierając niezawisłych sędziów i wszystkich prawników niezgadzających się ze zmianami, które mają sądy upartyjnić.
Świat odwróconych wartości
Pamiętacie sprawę oskarżenia, osądzenia i skazania Polaka przez partyjnego barona i upartyjnione media nie tak dawno. Kierowcą samochodu, w który wpada rozpędzona limuzyna BOR mógł być każdy z nas. W ten sam dzień na polskich drogach doszło do 52 wypadków drogowych, w których zginęły 4 osoby, a 63 zostały ranne, ale w tamtych sytuacjach policjanci nie odesłali wszystkich świadków do domów, bez zebrania zeznań. Nie przesłuchiwano podejrzanych bez adwokata, nie postawiono im zarzutów przed zebraniem dowodów, obrazów z kamer monitoringu i opinii biegłych sądowych. Nie przekazano przedwczesnego wyroku rządowym mediom do ogłoszenia? Właśnie po to jest niezależność wymiaru sprawiedliwości, aby aparat urzędniczy nie mógł skazywać zaocznie w taki bezwzględny sposób, jak to się działo w wypadku 21-letniego kierowcy seicento, który znalazł się na trasie samochodu BOR z premier Szydło.
Zajmuję się od 20 lat motoryzacją i wiem, jak wyglądają i ile trwają czynności po kolizji i wypadku. Wiem też, kiedy wolno postawić kategoryczny zarzut sprawstwa wypadku.
Takie sytuacje budują w ludziach coraz silniejszy bunt przeciw wyhodowanej na państwowym wikcie grupie partyjniaków, wożących się co tydzień pancernymi limuzynami przez pół Polski do prywatnych domów. Co gorsza, próbują oni właśnie utrwalić i usankcjonować swoje niezasłużone przywileje. Politycy coraz częściej ignorują prawo, mało tego – dają do zrozumienia, że są ponad prawem, że mogą łamać zasady dotyczące zwykłych śmiertelników. Przykładów są setki. To przewartościowanie norm, które cofa nas do PRL, kiedy zwykły człowiek niewiele mógł, a partyjni ważniacy mieli poczucie bezkarności.
Takiego poczucia nie miał nawet król pruski Fryderyk, a więc niedoczekanie wasze.
Przegracie!
Korzystałem z książki „Prusy. Kraj nieograniczonych możliwości”. Bernt Engelmann, Poznań 1984.
Polecam!
Korzystałem z książki „Prusy. Kraj nieograniczonych możliwości”. Bernt Engelmann, Poznań 1984.
Polecam!
środa, 29 listopada 2017
O pięciu straconych pokoleniach - lekcje historii prawdziwej
Słota, deszcz ze śniegiem, 3 st., a nocą mróz.
Psa nie wygoniłby z domu. W lesie trudno już spać, przy ognisku, nawet pod grubym przykryciem. Nad ranem szron osiada na włosach, a zgrabiałe ręce trzeba długo rozgrzewać oddechem.
Dziś rocznica wybuchu powstania listopadowego - kolejny temat na samochodowe pogawędki historyczne z synem.
Jak trudno dziś poczuć ten chłód i ten obowiązek, który czuli wtedy, wychodząc o świcie, siodłając konie, pakując prowiant i broń, żegnając dzieci i żony. Jedni tęsknili do wolnej Polski, którą pamiętali z młodości, drudzy, sami bardzo młodzi, przechowali ją dzięki opowieściom ojców. Przecież tylko 35 lat wcześniej ją definitywnie stracili.
Tyle razy trzeba było zwoływać się z szablami i karabinami po miastach, po lasach, żeby ją wyrywać z gardła zaborcom. Nie na długo - na parę miesięcy w zimnych okopach kolejnych przegranych powstań. Tyle klęsk pięciu pokoleń.
Dziś młodzież zna od 28 lat wyłącznie wolność i oby nigdy nie musiała jej odzyskiwać po rządach durniów, którzy śpiewali przed trzema laty po kościołach „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Deszcz ze śniegiem, 3 stopnie, w domach ciepło, a w TV o uzdrawianiu Polski mówią: pan z prokremlowskiej partii "Zmiana" i pan były członek egzekutywy PZPR, pracownik komunistycznego aparatu represji, prokurator oskarżający Polaków z opozycji w imieniu partii, której faktyczna centrala była w Moskwie. Dziś obaj dorwali się do władzy i chcą nam zmieniać naszą Polskę na ich Polskę.
Pomyśl o tym Synku…
#LekcjeHistoriiPrawdziwej Trzeba w domu korygować podstawę programową szkół podstawowych, stworzoną na zamówienie idiotów.
Dziś rocznica wybuchu powstania listopadowego - kolejny temat na samochodowe pogawędki historyczne z synem.
Jak trudno dziś poczuć ten chłód i ten obowiązek, który czuli wtedy, wychodząc o świcie, siodłając konie, pakując prowiant i broń, żegnając dzieci i żony. Jedni tęsknili do wolnej Polski, którą pamiętali z młodości, drudzy, sami bardzo młodzi, przechowali ją dzięki opowieściom ojców. Przecież tylko 35 lat wcześniej ją definitywnie stracili.
Tyle razy trzeba było zwoływać się z szablami i karabinami po miastach, po lasach, żeby ją wyrywać z gardła zaborcom. Nie na długo - na parę miesięcy w zimnych okopach kolejnych przegranych powstań. Tyle klęsk pięciu pokoleń.
Dziś młodzież zna od 28 lat wyłącznie wolność i oby nigdy nie musiała jej odzyskiwać po rządach durniów, którzy śpiewali przed trzema laty po kościołach „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Deszcz ze śniegiem, 3 stopnie, w domach ciepło, a w TV o uzdrawianiu Polski mówią: pan z prokremlowskiej partii "Zmiana" i pan były członek egzekutywy PZPR, pracownik komunistycznego aparatu represji, prokurator oskarżający Polaków z opozycji w imieniu partii, której faktyczna centrala była w Moskwie. Dziś obaj dorwali się do władzy i chcą nam zmieniać naszą Polskę na ich Polskę.
Pomyśl o tym Synku…
#LekcjeHistoriiPrawdziwej Trzeba w domu korygować podstawę programową szkół podstawowych, stworzoną na zamówienie idiotów.
sobota, 25 listopada 2017
O czym Polacy woleliby zapomnieć - lekcje historii prawdziwej
Tak sobie siedzę z synem i uzupełniam jego wiedzę z historii Polski XIX w na poziomie 6 klasy:
– Synku, jak myślisz, od czego pochodzą nazwy miasteczek sąsiedzkich: Konstantynów i Aleksandrów?
– …?
– Od imion cara Rosji i króla Polski Aleksandra Romanowa i od jego brata, oprawcy, księcia Konstantego. A wiesz synku, że to, co śpiewali ci wszyscy polscy niby patrioci na marszu niepodległości i to co śpiewają na miesięcznicach smoleńskich, czyli „Boże coś Polskę”, było hymnem zamówionym dla Polaków przez księcia Konstantego na cześć jego brata cara Aleksandra?
– …?
– I to sami Polacy zlecenie przyjęli, skomponowali, napisali słowa i błogosławili tamtego króla, który siedział na Kremlu. Tak dobrze to napisali i skomponowali, że do dziś śpiewają. Taki to polski patriotyzm, że za ruble wszystko napiszą i skomponują, a potem zapomną.
(…)
Ty, coś na koniec nowymi ją cudy
Wskrzesił i sławne z klęsk wzajemnych w boju
Połączył z sobą dwa braterskie ludy,
Pod jedno berło Anioła pokoju:
Przed Twe ołtarze zanosim błaganie,
Naszego Króla zachowaj nam Panie!
Wróć nowej Polsce świetność starożytną
I spraw, niech pod Nim szczęśliwą zostanie
Niech zaprzyjaźnione dwa narody kwitną,
I błogosławią Jego panowanie;
Przed Twe ołtarze zanosim błaganie,
Naszego Króla zachowaj nam Panie!
(…)
Boże coś Polskę w wikipedii
#LekcjeHistoriiPrawdziwej Trzeba w domu korygować podstawę programową szkół podstawowych, stworzoną na zamówienie idiotów.
– Synku, jak myślisz, od czego pochodzą nazwy miasteczek sąsiedzkich: Konstantynów i Aleksandrów?
– …?
– Od imion cara Rosji i króla Polski Aleksandra Romanowa i od jego brata, oprawcy, księcia Konstantego. A wiesz synku, że to, co śpiewali ci wszyscy polscy niby patrioci na marszu niepodległości i to co śpiewają na miesięcznicach smoleńskich, czyli „Boże coś Polskę”, było hymnem zamówionym dla Polaków przez księcia Konstantego na cześć jego brata cara Aleksandra?
– …?
– I to sami Polacy zlecenie przyjęli, skomponowali, napisali słowa i błogosławili tamtego króla, który siedział na Kremlu. Tak dobrze to napisali i skomponowali, że do dziś śpiewają. Taki to polski patriotyzm, że za ruble wszystko napiszą i skomponują, a potem zapomną.
(…)
Ty, coś na koniec nowymi ją cudy
Wskrzesił i sławne z klęsk wzajemnych w boju
Połączył z sobą dwa braterskie ludy,
Pod jedno berło Anioła pokoju:
Przed Twe ołtarze zanosim błaganie,
Naszego Króla zachowaj nam Panie!
Wróć nowej Polsce świetność starożytną
I spraw, niech pod Nim szczęśliwą zostanie
Niech zaprzyjaźnione dwa narody kwitną,
I błogosławią Jego panowanie;
Przed Twe ołtarze zanosim błaganie,
Naszego Króla zachowaj nam Panie!
(…)
Boże coś Polskę w wikipedii
#LekcjeHistoriiPrawdziwej Trzeba w domu korygować podstawę programową szkół podstawowych, stworzoną na zamówienie idiotów.
niedziela, 5 listopada 2017
Kto nami rządzi?
Indianie żyjącego w Arizonie plemienia Hopi, znanego z bardzo bogatej
mitologii, mówią: "Kto potrafi nam opowiedzieć świat, ten nami rządzi".
Opozycjo, niczego nikomu nie opowiadasz, nie wyjaśniasz. Gadasz sama do siebie i budujesz sobie teatrzyk, w którym jesteś aktorem i widzem.
Dopóki nie zrozumiemy, że plemienne poczucie nieufności i zaufania zadecyduje, kto zmieni Polskę, będziemy skazani na rządy dresiarzy, którzy rozdali cudze pieniądze i wystraszyli lud nieistniejącymi uchodźcami. Opowiedzieli świat w sposób zrozumiały dla plemienia, dostali władzę i nie oddadzą jej tym, którzy znają mądrzejsze i bardziej racjonalne metody wyjaśniania świata. W milionach umysłów musi dojść do przewartościowania tych bzdur zasianych i uprawianych od dwóch lat.
Nie gadajmy do siebie, tylko do tych, którzy myślą inaczej.
BTW Indianie Hopi wierzą, że Ziemię skolonizowali Kaczyngowie z kosmosu.
Opozycjo, niczego nikomu nie opowiadasz, nie wyjaśniasz. Gadasz sama do siebie i budujesz sobie teatrzyk, w którym jesteś aktorem i widzem.
Dopóki nie zrozumiemy, że plemienne poczucie nieufności i zaufania zadecyduje, kto zmieni Polskę, będziemy skazani na rządy dresiarzy, którzy rozdali cudze pieniądze i wystraszyli lud nieistniejącymi uchodźcami. Opowiedzieli świat w sposób zrozumiały dla plemienia, dostali władzę i nie oddadzą jej tym, którzy znają mądrzejsze i bardziej racjonalne metody wyjaśniania świata. W milionach umysłów musi dojść do przewartościowania tych bzdur zasianych i uprawianych od dwóch lat.
Nie gadajmy do siebie, tylko do tych, którzy myślą inaczej.
BTW Indianie Hopi wierzą, że Ziemię skolonizowali Kaczyngowie z kosmosu.
![]() |
| Koyanisqaatsi. |
wtorek, 18 lipca 2017
Urządzanie Polski strachem
Najinteligentniejszy
z gangsterów politycznych, dr Jupp Goebbels, sformułował kilka
obowiązujących do dziś zasad skutecznej propagandy. Jedna z
najważniejszych brzmi: "artykułujemy przekaz w języku zrozumiałym dla
najmniej inteligentnego wyborcy". Druga: "kłamstwo powtórzone tysiąc
razy staje się prawdą".
Wczoraj miałem dowód na to, że Jarosław Kaczyński perfekcyjnie opanował obie zasady i to dowód z tzw. dołów, czyli od przekonanych. Gość w krawacie na awatarze, na pytanie - dlaczego PO jest taka zła, odpowiada:
"bo chce zaprosić do Polski terrorystów".
Człowiekowi, który już coś w życiu przeżył, przeczytał, przemyślał opadają ręce. Bo jak tu dyskutować z zaprogramowanym replikantem, recytującym wpisane w pamięć sekwencje? Spełniono dwie niezbędne funkcje skutecznego programowania myśli wyborcy - prosty, prostacki wręcz przekaz i wielokrotne powtórzenie kłamstwa, które wdrukowało te słowa jako objawioną, niepodważalną prawdę.
Ani Platforma nie zapraszała "terrorystów" - to jakiś absurd, miałaby rozpisać konkurs wizowy i sprawdzać kompetencje w zabijaniu, ani nawet nie zaprosiła uchodźców wygonionych przez wojnę z domów w Syrii. Rząd Ewy Kopacz wzbraniał się przed tzw relokacją uchodźców jak diabeł przed wodą święconą, Schetyna też kręcił i mącił, kiedy go ktoś o uchodźców spytał. Ale kłamstwo o zaproszeniu "terrorystów" trafiło do mózgów nowych "rewitalizowanych elit" Kaczyńskiego, stworzonych na obraz i podobieństwo wodza - sfajdanych ze strachu, schowanych za podwójną gardą, nieznających świata, nienawidzących inności, kochających Reksia w TV. Powtarzanie im bzdur o grożących Polsce pasożytach i pierwotniakach oraz terrorystach tworzy w wystraszonych głowach obraz zagrożenia z zewnątrz i - co najważniejsze - obraz zbawcy, który postawił terrorystom tamę.
Zaraz, postawił? Jedyny terrorysta skazany w Polsce za plany wysadzenia Sejmu - Brunon Kwiecień był Polakiem. Więcej, był "prawdziwym Polakiem", tak się przedstawił, występując na ławie oskarżonych ze znakiem "Polski Walczącej" w klapie.
Jedyny sprawca seryjnego mordu politycznego, brutalnego zabójstwa dwóch małżeństw, którym zarzucał, że nie są "prawdziwymi Polakami", był Polakiem. Marcin K. jako "prawdziwy Polak" bał się nawet wzroku swoich ofiar, starszych ludzi, bo wydłubał im oczy. To takie nasze, swojskie - "później kupił cztery piwa, bo, jak twierdził, chciał się upić i zasnąć" - a w procesie przyznał dumnie, że należał wcześniej do organizacji narodowościowych, czyli nie był podłym lewakiem.
Propaganda działa i daje przyzwolenie na agresję wobec obcych, czują to zagraniczni studenci w Białymstoku, oficjalnie informowani przez uczelnię o zagrożeniu na ulicach w dniach Parteitagów polskich narodowców, odczuł to student łódzkiej Filmówki wyzwany od "ciapatych i brudasów" przez bohaterskiego strażaka narodowca. Odczuła to Swietłana, młoda Mołdawianka, która przyjechała do Polski, zarobić na utrzymanie dwójki dzieci, gwałcona w Gdańsku wielokrotnie, aż nago wyskoczyła z czwartego piętra.
Ale to przecież ci obcy są groźni dla Polaków - jak mówią cwani politycy. I „ciemny lud kupuje", bo tysiące razy powtarza to telewizja Kurskiego.
Uświęcona patriotycznym obowiązkiem agresja przeciwko obcym to teraz norma w mediach społecznościowych i w mediach rządowych - mój znajomy przyjął na kwaterę młodych muzyków z Paragwaju, którzy występowali na świetnym festiwalu zespołów ludowych i opublikował ich zdjęcie w paragwajskich strojach, czym naraził się na wielodniowy hejt prymitywów, którzy pisali o insektach, stonce itp. Strach pomyśleć, co działoby się w wątku, gdyby przyjął Kenijczyków.
Odkrycia doktora Goebbelsa przeżywają renesans, dzięki głupocie społeczeństwa i wyrachowaniu sitwy sprawującej władzę.
Wczoraj miałem dowód na to, że Jarosław Kaczyński perfekcyjnie opanował obie zasady i to dowód z tzw. dołów, czyli od przekonanych. Gość w krawacie na awatarze, na pytanie - dlaczego PO jest taka zła, odpowiada:
"bo chce zaprosić do Polski terrorystów".
Człowiekowi, który już coś w życiu przeżył, przeczytał, przemyślał opadają ręce. Bo jak tu dyskutować z zaprogramowanym replikantem, recytującym wpisane w pamięć sekwencje? Spełniono dwie niezbędne funkcje skutecznego programowania myśli wyborcy - prosty, prostacki wręcz przekaz i wielokrotne powtórzenie kłamstwa, które wdrukowało te słowa jako objawioną, niepodważalną prawdę.
Ani Platforma nie zapraszała "terrorystów" - to jakiś absurd, miałaby rozpisać konkurs wizowy i sprawdzać kompetencje w zabijaniu, ani nawet nie zaprosiła uchodźców wygonionych przez wojnę z domów w Syrii. Rząd Ewy Kopacz wzbraniał się przed tzw relokacją uchodźców jak diabeł przed wodą święconą, Schetyna też kręcił i mącił, kiedy go ktoś o uchodźców spytał. Ale kłamstwo o zaproszeniu "terrorystów" trafiło do mózgów nowych "rewitalizowanych elit" Kaczyńskiego, stworzonych na obraz i podobieństwo wodza - sfajdanych ze strachu, schowanych za podwójną gardą, nieznających świata, nienawidzących inności, kochających Reksia w TV. Powtarzanie im bzdur o grożących Polsce pasożytach i pierwotniakach oraz terrorystach tworzy w wystraszonych głowach obraz zagrożenia z zewnątrz i - co najważniejsze - obraz zbawcy, który postawił terrorystom tamę.
Zaraz, postawił? Jedyny terrorysta skazany w Polsce za plany wysadzenia Sejmu - Brunon Kwiecień był Polakiem. Więcej, był "prawdziwym Polakiem", tak się przedstawił, występując na ławie oskarżonych ze znakiem "Polski Walczącej" w klapie.
Jedyny sprawca seryjnego mordu politycznego, brutalnego zabójstwa dwóch małżeństw, którym zarzucał, że nie są "prawdziwymi Polakami", był Polakiem. Marcin K. jako "prawdziwy Polak" bał się nawet wzroku swoich ofiar, starszych ludzi, bo wydłubał im oczy. To takie nasze, swojskie - "później kupił cztery piwa, bo, jak twierdził, chciał się upić i zasnąć" - a w procesie przyznał dumnie, że należał wcześniej do organizacji narodowościowych, czyli nie był podłym lewakiem.
Propaganda działa i daje przyzwolenie na agresję wobec obcych, czują to zagraniczni studenci w Białymstoku, oficjalnie informowani przez uczelnię o zagrożeniu na ulicach w dniach Parteitagów polskich narodowców, odczuł to student łódzkiej Filmówki wyzwany od "ciapatych i brudasów" przez bohaterskiego strażaka narodowca. Odczuła to Swietłana, młoda Mołdawianka, która przyjechała do Polski, zarobić na utrzymanie dwójki dzieci, gwałcona w Gdańsku wielokrotnie, aż nago wyskoczyła z czwartego piętra.
Ale to przecież ci obcy są groźni dla Polaków - jak mówią cwani politycy. I „ciemny lud kupuje", bo tysiące razy powtarza to telewizja Kurskiego.
Uświęcona patriotycznym obowiązkiem agresja przeciwko obcym to teraz norma w mediach społecznościowych i w mediach rządowych - mój znajomy przyjął na kwaterę młodych muzyków z Paragwaju, którzy występowali na świetnym festiwalu zespołów ludowych i opublikował ich zdjęcie w paragwajskich strojach, czym naraził się na wielodniowy hejt prymitywów, którzy pisali o insektach, stonce itp. Strach pomyśleć, co działoby się w wątku, gdyby przyjął Kenijczyków.
Odkrycia doktora Goebbelsa przeżywają renesans, dzięki głupocie społeczeństwa i wyrachowaniu sitwy sprawującej władzę.
piątek, 10 marca 2017
Bunt - słowo - życie
Język nasz stał się im obcy
Jak język dawnej planety.
Aż wszystko będzie legendą
I wtedy po wielu latach
Na nowym Campo di Fiori
Bunt wznieci słowo poety.
Napisała moja koleżanka z Mazowsza: „Kiedy idę na protest, manifestację i widzę te zadowolone z siebie osoby na zakupach, w kawiarniach, na spacerach, to myślę, że oni akceptują, to co się dzieje! Im to nie przeszkadza i dlatego ponoszą za to współodpowiedzialność. Niby są „ponadto”, ich polityka nie interesuje, mają tyle spraw i takie dobre samopoczucie. Nie myślą, że to ich kolorowe życie jest możliwe tylko dlatego, że ktoś się „interesował polityką” i nadstawiał kark, aby zwalczyć szarość i biedę komuny.”
Przypomniały mi jej słowa wiersz „Campo di Fiori” Czesława Miłosza - wstrząsający z zewnętrznej perspektywy, ale życie ma swoją energię, która dba, aby poruszało się po stałych orbitach.
„(…) Wspomniałem Campo di Fiori
W Warszawie przy karuzeli,
W pogodny wieczór wiosenny,
Przy dźwiękach skocznej muzyki.
Salwy za murem getta
Głuszyła skoczna melodia
I wzlatywały pary
Wysoko w pogodne niebo.
„(…) Wspomniałem Campo di Fiori
W Warszawie przy karuzeli,
W pogodny wieczór wiosenny,
Przy dźwiękach skocznej muzyki.
Salwy za murem getta
Głuszyła skoczna melodia
I wzlatywały pary
Wysoko w pogodne niebo.
Czasem wiatr z domów płonących
Przynosił czarne latawce,
Łapali skrawki w powietrzu
Jadący na karuzeli.
Rozwiewał suknie dziewczynom
Ten wiatr od domów płonących,
Śmiały się tłumy wesołe
W czas pięknej warszawskiej niedzieli.”
Literatura opisuje życie, ale zwykle nie zdajemy sobie sprawy z potęgi słowa. Mam taką refleksję po wczorajszym wieczorze świętowania zwycięstwa Polski w głosowaniu na szefa Rady Europejskiej. Wczoraj o 21.00 poszliśmy sporą paczką pokrzyczeć i pośpiewać pod bunkrem PiS na Piotrkowskiej. Kompletny spontan, zwołany dwie godziny wcześniej sms-ami. Kiedy dochodziłem do grupy, zaczepił mnie przechodzący młody chłopak:
– Co wy tak tutaj podskakujecie?
– Świętujemy wybór Polaka na szefa Rady Europejskiej. Donalda Tuska.
– Tusk? Nie znam – burknął zaczepnie.
– Niech pan wygugla – trochę się najeżyłem i chciałem odejść.
– Żartowałem, znam faceta. To ten, co nic dla Polski nie zrobił – dalej prowokował.
– Oj, za dużo pan dzienników w telewizji państwowej ogląda, dokładnie tak go tam przedstawiają rządowi dziennikarze. A jednak 300 mld złoty z funduszy unijnych dla Polski wynegocjował jako premier.
– No ale kto o tym wie? Ja nie wiem, bo zapierdalam 10 godzin na budowie.
– Ale poprawiło się panu za PiS-u?
– Co Pan? Pogorszyło!!! Naobiecywali, a jest to samo! Jeden chuj!
– No, ale to raczej nie przez Tuska?
– Ja tam nie wiem.
– Przecież w Polsce go nie ma, a rządzi PiS. A ci pisowcy, którzy wyjechali na urzędy, np Janusz Wojciechowski, coś zrobili? Zgarnie po kadencji w Europejskim Trybunale Obrachunkowym równo 7 mln zł. A tak obiecywał w kampanii, jako szef DudaPomocy.
- No tamtego to w ogóle nie znam.
Gadaliśmy z 15 minut, pary wchodziły obok nas na kolacje do OFF-u i innych knajpek na Pietrynie. Przeszliśmy na ty. Wymieniliśmy się numerami telefonów. Chłopak przyjechał do pracy z Pomorskiego. Wyszedł obejrzeć Łódź i spotkał wariatów podskakujących i skandujących „Kto nie skacze, ten za PiS-em”. Nie przekonywało go podskakiwanie, ale chyba zwykłe słowa – tak.
Polecam, jak zawsze poezję, ona otwiera inną perspektywę i drogę do ludzi:
Campo di Fiori
W Rzymie na Campo di Fiori
Kosze oliwek i cytryn,
Bruk opryskany winem
I odłamkami kwiatów.
Różowe owoce morza
Sypią na stoły przekupnie,
Naręcza ciemnych winogron
Padają na puch brzoskwini.
Tu na tym właśnie placu
Spalono Giordana Bruna,
Kat płomień stosu zażegnął
W kole ciekawej gawiedzi.
A ledwo płomień przygasnął,
Znów pełne były tawerny,
Kosze oliwek i cytryn
Nieśli przekupnie na głowach.
Wspomniałem Campo di Fiori
W Warszawie przy karuzeli,
W pogodny wieczór wiosenny,
Przy dźwiękach skocznej muzyki.
Salwy za murem getta
Głuszyła skoczna melodia
I wzlatywały pary
Wysoko w pogodne niebo.
Czasem wiatr z domów płonących
Przynosił czarne latawce,
Łapali skrawki w powietrzu
Jadący na karuzeli.
Rozwiewał suknie dziewczynom
Ten wiatr od domów płonących,
Śmiały się tłumy wesołe
W czas pięknej warszawskiej niedzieli.
Morał ktoś może wyczyta,
Że lud warszawski czy rzymski
Handluje, bawi się, kocha
Mijając męczeńskie stosy.
Inny ktoś morał wyczyta
O rzeczy ludzkich mijaniu,
O zapomnieniu, co rośnie,
Nim jeszcze płomień przygasnął.
Ja jednak wtedy myślałem
O samotności ginących.
O tym, że kiedy Giordano
Wstępował na rusztowanie,
Nie znalazł w ludzkim języku
Ani jednego wyrazu,
Aby nim ludzkość pożegnać,
Tę ludzkość, która zostaje.
Już biegli wychylać wino,
Sprzedawać białe rozgwiazdy,
Kosze oliwek i cytryn
Nieśli w wesołym gwarze.
I był już od nich odległy,
Jakby minęły wieki,
A oni chwilę czekali
Na jego odlot w pożarze.
I ci ginący, samotni,
Już zapomniani od świata,
Język nasz stał się im obcy
Jak język dawnej planety.
Aż wszystko będzie legendą
I wtedy po wielu latach
Na nowym Campo di Fiori
Bunt wznieci słowo poety.
Warszawa - Wielkanoc, 1943
W Rzymie na Campo di Fiori
Kosze oliwek i cytryn,
Bruk opryskany winem
I odłamkami kwiatów.
Różowe owoce morza
Sypią na stoły przekupnie,
Naręcza ciemnych winogron
Padają na puch brzoskwini.
Tu na tym właśnie placu
Spalono Giordana Bruna,
Kat płomień stosu zażegnął
W kole ciekawej gawiedzi.
A ledwo płomień przygasnął,
Znów pełne były tawerny,
Kosze oliwek i cytryn
Nieśli przekupnie na głowach.
Wspomniałem Campo di Fiori
W Warszawie przy karuzeli,
W pogodny wieczór wiosenny,
Przy dźwiękach skocznej muzyki.
Salwy za murem getta
Głuszyła skoczna melodia
I wzlatywały pary
Wysoko w pogodne niebo.
Czasem wiatr z domów płonących
Przynosił czarne latawce,
Łapali skrawki w powietrzu
Jadący na karuzeli.
Rozwiewał suknie dziewczynom
Ten wiatr od domów płonących,
Śmiały się tłumy wesołe
W czas pięknej warszawskiej niedzieli.
Morał ktoś może wyczyta,
Że lud warszawski czy rzymski
Handluje, bawi się, kocha
Mijając męczeńskie stosy.
Inny ktoś morał wyczyta
O rzeczy ludzkich mijaniu,
O zapomnieniu, co rośnie,
Nim jeszcze płomień przygasnął.
Ja jednak wtedy myślałem
O samotności ginących.
O tym, że kiedy Giordano
Wstępował na rusztowanie,
Nie znalazł w ludzkim języku
Ani jednego wyrazu,
Aby nim ludzkość pożegnać,
Tę ludzkość, która zostaje.
Już biegli wychylać wino,
Sprzedawać białe rozgwiazdy,
Kosze oliwek i cytryn
Nieśli w wesołym gwarze.
I był już od nich odległy,
Jakby minęły wieki,
A oni chwilę czekali
Na jego odlot w pożarze.
I ci ginący, samotni,
Już zapomniani od świata,
Język nasz stał się im obcy
Jak język dawnej planety.
Aż wszystko będzie legendą
I wtedy po wielu latach
Na nowym Campo di Fiori
Bunt wznieci słowo poety.
Warszawa - Wielkanoc, 1943
czwartek, 9 marca 2017
365 rocznica liberum veto
Aparat partyjny PiS, zajmujący się budowaniem wizerunku Polski i przekuwaniem w rzeczywistość bajki o Międzymorzu, postanowił uczcić dziś, 9 marca, rocznicę LIBERUM VETO i przypomnieć o starej polskiej tradycji całej Europie, jak przypomniał z taktem o tradycyjnie polskich widelcach.
Tak się złożyło, że właśnie w dniu 9 marca 1652, po raz pierwszy zerwał Sejm używając liberum veto, poseł województwa trockiego, Władysław Siciński, klient Janusza Radziwiłła (z tych Radziwiłłów). Dziś, ku czci warchołów wyklętych, Beata Szydło zamierza odmówić złożenia podpisu w imieniu Polski pod dokumentem przedłużającym kadencję przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska. Na forum Europy krzyknie pewnie: „veto, nie pozwalam na Tuska, jakem Szydło!”. Żadnych ustępstw! Kto to słyszał, żeby Polak, którego nie lubi Kaczyński, był szefem Rady Europejskiej, lepiej niech to będzie jakiś Irlandczyk, Włoch, Prusak lub Austriak. Lepiej obcy, niż znienawidzony sąsiad, który osiem razy obił nasze sługi i z którym mamy proces o miedzę. Lepiej niech nam pomoże budować ustrój Putin lub Łukaszenko.
O tak, tam rząd PiS jest skłonny na daleko idące ustępstwa. Nie tak dawno przesłaliśmy zaprzyjaźnionym monarchom ze wschodu dowody uniżonej i niegasnącej sympatii, likwidując niewygodną dla nich telewizję Biełsat. „Ja nie chcę grać z Białorusinami. Ja chcę się z nimi ułożyć. Czy po 10 latach funkcjonowania, Biełsat polepszył relacje polsko-białoruskie?" - powiedział grający na wielu fortepianach szef polskiego MSZ po dobrosąsiedzkiej wizycie u Łukaszenki.
Czy może być wyraźniejszy sygnał, w którym kierunku PiS prowadzi Polskę? To oczywiste, że trwanie przy władzy i profity dla tysięcy partyjniaków zapewni wyłącznie system zbliżony do wschodnich autokracji. Unia Europejska, ze swoimi kartami swobód obywatelskich, z gadaniem o państwie prawa, z jakimś monitorowaniem procedur praworządności, zupełnie do stylu uprawiania polityki przez PiS nie przystaje i prędzej czy później mogą być kłopoty z opowiadaniem światu, jaka to pisowska Polska jest demokratyczna, że wybory nie były ustawione, że media publiczne nie są upartyjnione. Łukaszenka o to nie zapyta, z wyrozumiałością przyjmie polską delegację, której już nikt w Europie nie będzie traktował poważnie po dzisiejszym publicznym samobójstwie.
Jaka piękna katastrofa - powiedziałby Grek Zorba. Z wielkich obietnic i idei Międzymorza, silnej grupy krajów V4, nie pozostało nic. Czechy, Słowacja i Węgry rozumieją doskonale rację stanu poprzez interes całego kraju, gospodarki, przedsiębiorców, możliwości rozwoju różnych grup społecznych, nie jako wyłączny interes grupy kolesi partyjnych. Nasi południowi sąsiedzi wiedzą, że tysiące nici łączących gospodarkę krajów Unii gwarantują stabilność tylko wtedy, kiedy nie szarpią nimi nieprzewidywalni politycy, żyjący złudzeniami i fobiami.
Polityka podpierania się klakierami partii eurosceptycznych i awanturników Nigela Farage’a, nie przyniosła żadnych korzyści, a raczej osamotnienie w Europie po Brexicie. Pokrzykiwanie do Trumpa – gdzie obiecane zniesienie wiz dla Polaków – ma taki sam sens, jak przypominanie Dudzie przysięgi na Konstytucję i deklaracji, że będzie „prezydentem dialogu, porozumienia i rozmowy, który z troską i zrozumieniem odnosi się do każdego obywatela”.
Zaproszenie do piątki najsilniejszych państw UE, wystosowane przez Angelę Merkel, zostało podobno przez Beatę Szydło odrzucone. Jeśli to prawda, byłoby to zdradą stanu i pachniało trybunałem. Wszystkie działania dyplomatyczne PiS kończą się fiaskiem, choć TVP obwieszcza sukces. I to również zbliża nas do Mińska i Moskwy. Partia będzie tak długo karmić suwerena propagandą, dopóki ludzie nie zorientują się, że to nie oni wybierają władze, ale ustalone przez aparatczyków procedury, sprzyjające swojakom, niszczące na wszelkie sposoby opozycję. Najemne media, zastraszone sądy, wódz utrzymujący w narodzie poczucie zagrożenia zewnętrznego i wewnętrznego i zacierający ręce władca Kremla. Witajcie w Polsce, jaką opisywał Słowacki:
„Pawiem narodów byłaś i papugą; A teraz jesteś służebnicą cudzą”
Subskrybuj:
Posty (Atom)







