środa, 3 lutego 2016

Inkwizytorzy mediów

Od wczoraj Radiową Jedynką kieruje Rafał Porzeziński. Niewiele mi mówi to nazwisko, więc zaciekawiony wyguglałem kilka informacji.
"Jego artykuły ukazywały się między innymi na łamach "Frondy", "Magazynu Familia", "W drodze" oraz w "Różańcu". Jego audycje i programy telewizyjne zdobywały główne nagrody na Międzynarodowym Katolickim Festiwalu Filmów i Multimediów w Niepokalanowie i na I Ogólnopolskim Katolickim Przeglądzie Programów Telewizyjnych w Łodzi. (…)
Prowadzi również warsztaty rozwoju duchowego "Wreszcie żyć" według programu "12 kroków dla chrześcijan". Napisał i zredagował zbiór rozważań różańcowych popularnych postaci życia publicznego pt. "Tajemnica Tajemnic".

itp.
Oczywiście ostatnio - jak niemal całe pospolite ruszenie "dobrej zmiany" mediów - pracował w znanej na świecie wylęgarni talentów dziennikarskich "TV Republika", której udział w rynku oglądalności w roku 2015 wynosił  około 0,04%.
Być może nagrody w Niepokalanowie to żadna rekomendacja. Być może nie znam ukrytych talentów nowego szefa Jedynki. Bardzo mi tu jednak pasuje cytat z ks. Józefa Tischnera, sprzed 20 lat. Tym bardziej głęboki i ponadczasowy, że pisał on o wszelakich polskich "dobrych zmianach", chociaż tamte przy obecnej  były jak ciche msze w bocznym ołtarzu:

"Nazywam "moralizmem" przekonanie, że "gdyby wszyscy byli moralni, byłoby lepiej ". A ponieważ "nie jest dobrze", widocznie "wszyscy są niemoralni". Moralność określa przede wszystkim krąg bezpośrednich stosunków międzyludzkich. Oto ja i mój bliźni. Nie okłamuję go. Nie zabijam go. Nie zdradzam bliźniego. Moralizm wierzy, że całe zło społeczne daje się wyprowadzić z obszaru bezpośrednich stosunków międzyludzkich. Jeśli chcemy naprawić gospodarkę i państwo, musimy naprawić stosunki bezpośrednie. Moralizm nie uznaje jakościowej różnicy między stosunkami bezpośrednimi a pośrednimi. Takie formy jak państwo czy nawet Kościół nie są dla moralizmu jednostkami autonomicznymi. Stąd ma on prostą receptę naprawy świata: trzeba "umoralnić" świat. Ma to praktyczne konsekwencje. Konsekwencją jest dochodzenie do władzy ludzi, którym wprawdzie nic nie można zarzucić z punktu widzenia osobistej moralności, którzy jednak są często zupełnymi ignorantami w sprawach gospodarki, państwa, związków zawodowych, czy środków masowego przekazu."

 Moralny ignorant - oto symbol #dobrejzmiany. Cóż jednak, kiedy tę drużynę misjonarzy i inkwizytorów "ciemny lud" zacznie osądzać po efektach ich pracy - "po owocach ich poznacie"?

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Przed upadkiem kroczy dług i propaganda

Najbardziej poszkodowana przez obecną dobrą zmianę będzie - paradoks! - grupa elektoratu najmocniej w zmianę zaangażowana emocjonalnie i aktywnie popierająca PiS. Dlaczego? 

Obiecanego cudu nie będzie, już widać, że na realizację wyborczych obietnic PiS nie ma pomysłu. Partia odsuwa w czasie wszystkie prospołeczne reformy, negocjując wysokie kredyty, głównie z Niemiec. Oczywiście 12 mld. złotych pożyczki na poczet państwowych obligacji nie zaspokoi wszystkich potrzeb, obliczonych już w kampanii przez ekonomistów na kilkaset miliardów. Będą kolejne pożyczki i podatki, które odczują przyszłe pokolenia. Na spłatę pożyczonych pod obligacje pieniędzy Polska ma 20 lat. Piszę Polska, bo przecież nie prezes Kaczyński, nie prezydent Andrzej Duda, nie rząd PiS, ale ja, ty, nasze dzieci będą spłacać zobowiązania zaciągnięte w styczniu przez rząd. W piątek w BBC mówił o tym przedstawiciel grup finansowych Niemiec Gubther Mathe w programie Eurofinancial News. Cóż oznacza przeznaczenie tych miliardów na konsumpcję, np. na program pięć stówek na dziecko, który ma kupić miłość gawiedzi do panujących władz? Otóż dług publiczny wzrośnie o 21%, a PKB w podstawie obniży się do 2,6%. I to od kogo te kredyty? Od Niemców, którym min. Ziobro wypomina winy dziadów, ale do wnuków idzie po pożyczkę.

Dlaczego napisałem, że grupa najmocniej popierająca PiS ucierpi najbardziej na tej zmianie? Bo to oni będą dźwigać największe obciążenia finansowe. To oni zostaną odcięci od kredytów konsumpcyjnych. To oni i ich dzieci staną w kolejkach do „pośredniaków”, kiedy okaże się, że firm nie stać na inwestowanie w rozwój, a koszt utrzymania stanowiska pracy wzrasta, na skutek pisowskich obciążeń podatkowych. To oczywiste, że nastąpi podwojenie obowiązków, nacisk na zwiększenie wydajności pracownika na jednym etacie, kosztem jego kolegi na drugim etacie, który zostanie zlikwidowany. Tak zareagował rynek węgierski, o czym propaganda PiS milczy, tak zareagowały na politykę konsumpcji bez pokrycia rynki pracy Grecji i Hiszpanii.


Ci najbardziej ufający dobrej zmianie, głoszący misję PiS w mediach, aktywnie opluskwiający wszystkich krytyków rządu Szydło, staną się pierwszymi ofiarami rewolucji. Propagandowy ton i manipulacje w publicznej TVP uderzyły wiele osób, tak nagle i z tak wielką siłą, że coraz częściej słyszę, nawet od ludzi krytykujących media ostatnich lat, że nie oglądają już TVP Info. To widzowie pamiętający "Dziennik Telewizyjny", Tumanowicza, Barańskiego, Urbana i Falską, ale też młodzież, która swój krytyczny stosunek do władzy dopiero buduje. To inna młodzież niż w latach 80. Oni mają inną optykę, często patrzą poza Polskę, słuchają obcojęzycznych kanałów TV, z trudem samodzielnie szukają argumentów, które pokolenia solidarnościowe już znają. Ale często też gubią się w fałszywych komunikatach i celowym szumie informacyjnym. Ci właśnie nie wybaczą kłamstw, kiedy ponad sterowaną z Żoliborza narrację i naiwne przekazy dnia wypłynie prosta logika i liczby. A w matematyce PiS wypada słabiej niż w działaniach czarnego i białego PR.





Porównywanie KOD, do maszerujących weteranów SS i SA - jak ostatnio pisał Ziemkiewicz - wróci rykoszetem w stronę reżimowych najemników, bo rynku nie oszuka się "dziadkami z Wehrmachtu", zaklęciami i obietnicami na kredyt, spłacany przez młodzież. Ci młodzi szybko zestawią prawie 60% bezrobocie absolwentów w Hiszpanii z rosnącym zadłużeniem Polski. Policzą koszty populistycznych decyzji i wystawią opinię pani premier, która nawet jako wójt małej miejscowości pozostawiła swoim wyborcom długi. A apostołowie tej rewolucji: RAZ, Kurski, Ziemiec, Rachoń i inni aktywnie sortujący Polaków na gorszy i lepszy sort, zostaną przez własny obóz wypluci, kiedy wiatr ekonomii każe politykom rzucić się do steru i wykonać nagły zwrot. Oni pierwsi wypadną za burtę, bo będą się źle kojarzyć "suwerenowi", który rozdaje mandaty do sprawowania władzy.

Przed upadkiem kroczy dług i nachalna propaganda. Zachęcam do obejrzenia Dziennika z lat 80, wszystkich tych, którzy nie pamiętają tamtego stylu, ale również zachęcam te młode wilczki, zwoływane do pracy w TVP Info przez Rachonia. Uczcie się, bo wasz styl propagandowy raczej zmierza w stronę mediów Saddama Husseina i Urbanowi do pięt nie dorastacie, chociaż narracja o finansowaniu opozycji bardzo zbliżona.




poniedziałek, 7 grudnia 2015

Cui bono - czy w interesie Polski?

Prezydent USA John Kennedy musiał jako katolik wyraźnie odciąć się w kampanii od polityki kościoła i zastrzec, że urząd POTUS jest gwarantem swobody i różnorodności wyznań. Republikanie w walce wyborczej otwarcie nazywali go agentem obcego mocarstwa - Watykanu. 

W Polsce bycie obcym agentem to w pewnych kręgach honor od czasów kardynała Hozjusza.
Przypomnę, że Stanisław Hozjusz to bardzo dwuznaczna postać naszej historii. Zapisał się jako wielki cenzor dzieła Andrzeja Frycza Modrzewskiego "O naprawie Rzeczypospolitej", o którym uczymy dzieci, że było próbą ratowania państwa przez światłego człowieka renesansu. To właśnie Hozjusz nie pozwolił na wydanie dwóch ksiąg utworu, niewygodnych dla kościoła, ale ważnych dla reformującego się ustroju Polski. Zwalczał myśl i osobę Frycza wszelkimi metodami. Zorganizował nawet na niego zamach, w imię Boga oczywiście, na szczęście nieudany. Wcześniej zasłynął jako urzędowy inkwizytor diecezji pomezańskiej, piętnujący odstępców od jedynej prawdziwej wiary. Był wrogiem liturgii w językach narodowych, bo "ciemny lud" musi czuć respekt przed niezrozumiałymi zaklęciami liturgii łacińskiej. Generalnie w swoich pismach sprzeciwiał się edukacji ludu, nad którym łatwiej zapanować, jeśli mniej rozumie. Skąd my to znamy? Napisał kiedyś: "Wprawdzie apostoł Paweł nakazał, by nabożeństwa odbywały się w języku zrozumiałym dla uczestników, jednak Kościół nie jest zobowiązany tych nakazów przestrzegać, gdyż ma moc je zmieniać". Skąd my znamy ten relatywizm w imię misji?
W Polsce był znienawidzony przez mieszczan, szlachtę i króla za otwarte uprawianie polityki, godzącej często w interesy tolerancyjnej Rzeczpospolitej i jej stanów tak różnorodnych w wyznaniu, językach i poglądach. W Watykanie za to rósł w zaszczyty i godności - przewodniczył jako kardynał soborowi trydenckiemu, był nawet kandydatem na papieża podczas konklawe w 1565 roku. Rozbijał wszelką swobodę myślenia w polskim kościele. Zżymał się nawet na listy po polsku pisane do niego przez polskich biskupów. Łacina była jego "językiem ojczystym". Nadal, już 500 lat, trwa proces beatyfikacyjny tego agenta obcego wpływu, a do jego grobu w Rzymie jeżdżą z Polski pielgrzymki.

Prezydent USA, katolik, stanął na straży prawa do różnorodności światopoglądów. W projekcie konstytucji PiS z roku 2010 Art. 5. brzmi: "Rzeczpospolita Polska jest państwem jednolitym". Co to oznacza?
Prezydent RP urzędowanie zaczyna celebrą w katedrze, w pierwszym miesiącu, wśród stolic europejskich  odwiedza Watykan i wysyła czołobitne listy do zakonnika, którego radio pomogło prezydenckiej partii zdobyć władzę. Minister MON na stronach internetowych ministerstwa ogłasza komunikaty Radia Maryja. Prezes rządzącej partii ogłasza, że "dłoń podniesiona na Kościół Katolicki, to dłoń podniesiona na Polskę", a minister polskiego rządu składa hołd lenny przed kamerami:


czwartek, 26 listopada 2015

Silny mandat społeczny

Nie to, żebym na siłę szukał argumentum ad Hitlerum, ale właśnie wczoraj córka zapytała mnie, kto tak zaprojektował trzy książki, jakby były jedną. I wyjąłem z półki zakurzone "Dzienniki 1918-36" Tomasza Manna. Oczywiście rok 1933 w całym tym zestawie wydał mi się najbardziej interesujący. 



Mann opuścił Niemcy, jest już w Szwajcarii, zapisuje przemyślenia na temat przewrotu demokratycznego (tak! w pełni demokratycznego w rozumieniu demokracji będącej wyrazem woli narodu), który odbył się właśnie w Niemczech. NSDAP zdobyła 37% poparcia Niemców w wyborach 1932 i silny mandat do stworzenia rządu, Hitler od stycznia jest kanclerzem. Po pożarze Reichstagu partia wprowadza w życie tzw dekret „o ochronie narodu i państwa", zawiesza kontrolę sądów nad działaniami policji, wprowadza cenzurę i kontrolę rozmów telefonicznych. W efekcie tej przyspieszonej "reformy" w marcu 33 NSDAP zdobywa 44% i unieważniając mandaty opozycji wprowadza specjalne uprawnienia dla rządu, który ma już pełną władzę bez kontroli ze strony parlamentu. Tyle wstępu, Mann pisze w kwietniu w Lugano:


1.
"Jak ukazuje przypadek monachijski, jest to sprawa istotna, nienawiść sprymitywizowanych umysłów do subtelnych odcieni, które ze swej istoty są uważane za antynarodowe i irytujące, a nawet budzą żądzę mordu. Ta rewolucja chlubi się, że przebiega bezkrwawo, ale jest przy tym bardziej przepojona nienawiścią i bardziej żądna mordu niż jakakolwiek w przeszłości. Jej całą istotę nie stanowi, choć mogłoby się człowiekowi wydawać, uwznioślenie, radość, wielkoduszność, miłość, które zawsze dałyby się pogodzić z wieloma ofiarami krwi, poniesionymi dla wiary i przyszłości ludzi, lecz nienawiść, urazy, zemsta, podłość. Rewolucja mogłaby być dużo bardziej krwawa, a świat by ją mimo to podziwiał, gdyby była przy tym piękniejsza, jaśniejsza i szlachetniejsza. Świat pogardza nią, co do tego nie ma wątpliwości, i kraj jest izolowany. Przy tym brak zrozumienia dla moralnych imponderabiliów. Tylko ten uchodzi za mądrego, kto wierzy jedynie w politykę silnej ręki, a debatę w Izbie Gmin uważa za manewr. A to stanowi właśnie największą głupotę."




2. Kilka dni później:
"Niewyczerpana, nie dająca się zakończyć rozmowa o zbrodniczym i budzącym obrzydzenie szaleństwie, o sadystycznych, chorobliwych typach ludzi, którzy obłąkańczymi i bezwstydnymi środkami osiągnęli swój cel absolutnej, nie tolerującej żadnej krytyki władzy... Dwie możliwości ich obalenia: finansowa katastrofa albo konflagracja w polityce zagranicznej. Głęboka tęsknota za tym, gotowość do każdej ofiary, każdego cierpienia. Żadne zniszczenia nie byłyby zbyt wysoką ceną za zniszczenie tych szumowin podłości! Niemcom było pisane zainscenizowanie rewolucji, jakiej jeszcze nigdy nie widziano: bez idei, przeciw idei, przeciwko wszystkiemu, co wyższe, lepsze, uczciwe, przeciwko wolności, prawdzie, prawu. Jeszcze nigdy ludzkości nie wydarzyło się coś podobnego. Przy tym niesłychany entuzjazm mas, które wierzą, że rzeczywiście tego chciały, podczas gdy faktycznie zostały tylko w szalenie sprytny sposób oszukane, czego jeszcze nie są w stanie sobie uzmysłowić."



Cóż dało im wtedy taką władzę? Wola narodu, potrzeba zmian, wódz z charyzmą, przemawiający prosto do serc, grzmiący na złodziei, ostrzegający przed obcą kulturowo mniejszością, zapewniający, że społeczeństwu należy się cała władza i jeszcze jedno… wmanewrowany w wybory Kościół katolicki, który poparł listę wyborczą faszystów, wierząc, że to jedyna siła, która ochroni przed lewicową zarazą i poprze konkordat. Tym bardziej przykro mi, jako katolikowi, że historia niczego nie uczy.

piątek, 23 października 2015

Razem czy osobno

Podobno partia RAZEM strzeliła w górę w statystykach Facebooka i Twittera po przedwyborczej debacie. Nie dziwię się, 90% postów brzmiało pewnie "co to za RAZEM", a 10% "tym RAZEM czerwona garsonka"

Jej lider, Zandberg awansował na idola internetowego po trzech zdaniach w debacie! Pół roku temu achy nad Kukizem, który dziś jest pośmiewiskiem. Za pół roku owce odkryją, że Zandberg cytuje Fidela Castro. Problem w tym, że przez ten czas podpompują budżet towarzyszom spod portretów Che Guevary dotacją, która należy się po przekroczeniu progu 3% w wyborach parlamentarnych. I dzieci Fidela będą krzyczeć głośniej i robić wodę z mózgu wczorajszym gimbusom, zyskującym prawa wyborcze.

Kto sieje wiatr, zbiera burzę. Kto przemawia pod portretem Che i nosi koszulkę z Marksem, ten chyba sam określa się jako komunista. Dalej mu już do socjalistów. Próba nadania temu ruchowi roli katalizatora świadomości inteligenckiej, z jej wrażliwością społeczną i dążeniem do "być", w kontrze do liberalnego "mieć" nie ma też sensu. Opozycja "mieć" czy "być" od dawna nie klasyfikuje ludzi na bogatych i biednych. Powiedziałbym, że ostatni raz udało się tym hasłem zabłysnąć w 1968. Może faktycznie przeżywamy społeczne deja vu, bo większość fanów Razem to dwudziestolatkowie, którzy 68 nie pamiętają, może nawet nie wiedzą o tamtych zrywach na Zachodzie i w moim postrzeganiu nie aspirują do kategorii "być", tylko raczej "chcę mieć". 

Nie trafiają do mnie argumenty, że to nowa lewica. Żadna różnica, stara, czy nowa - ta jest nawet bardziej szkodliwa, bo stara rumieniłaby się ze wstydu, cytując niemal słowo w słowo czerwonych morderców sprzed 50-60 lat. Pachnie mi to obrońcami proletariatu z Czerwonych Brygad czy Action Directe, jeszcze nie na tyle radykalnymi, aby polskich burżujów mordować. Wystarczy odebrać im 75% zarobków i oddać tym, którym się należy, wyłącznie z racji niskich zarobków… i z racji oddanych na Razem głosów.

Przypomniała mi się opowieść Rogera Moore’a, który jako dziecko naprawdę biedował, a kiedy doszedł już do sławy i majątku, żebrzący o głosy proletariatu Labourzyści postanowili odbierać mu co roku ponad 80% honorarium. Moore oczywiście spakował walizy, wsiadł w samolot i wyniósł się do Monako, gdzie spotkał dziesiątki innych "ambasadorów" Zjednoczonego Królestwa. Pracowali na całym świecie, na wszystkich kontynentach, z jakiej więc racji mieli oddawać 80% do budżetu rządu UK, który i tak te pieniądze rozdawał bez sensu. Wniosek, nawet proletariat jest wrogiem takich pomysłów, jeśli już zarabia i ma się dochodami dzielić. Wpływy z tych 75% podatków proponowanych przez młodocianych socjalistów z Razem byłyby żadne, straty ogromne, bo cała śmietanka artystyczna, właściciele spółek dochodowych branż, wynieśliby się z Polski. Generalnie mielibyśmy tu Kubę, gdzie wszyscy są równi w biedzie, ale przekonani, że towarzysz Zandberg dał im sprawiedliwy ustrój. Fidel też był elokwentny, pewnie "zaistniałby" w debacie. Jak kubańskie "razem "zamieniło się w "osobno", wszyscy wiedzą.


piątek, 21 sierpnia 2015

Polityczny włam na rympał

Czytam pytania referendalne, proponowane przez Dudę i na mój magisterski rozum świadczą niestety o tym, że tytuły doktorskie UJ rozdaje pochopnie. A podobno logika jest podstawą prawa. 

1. Co znaczy "czy jesteś za utrzymaniem dotychczasowego funkcjonowania lasów państwowych"? Czy chodzi o wstrzymanie jakichkolwiek reform, które mogłyby ukrócić kradzieże drewna, dziki wywóz śmieci, poprawić gospodarkę łowiecką, budowę dróg przeciwpożarowych? CO ZA GENIUSZ TO NAPISAŁ? Ekspert biometrii leśnej Cieszewski z grupy Macierewicza? Pytanie ma być konkretne i jednoznaczne.

2. Czy pan Duda wie, kiedy wynikiem koniunkcji zdań jest zdanie prawdziwe? Oba pozostałe pytania referendalne są typowymi logicznymi koniunkcjami - jestem za pierwszą częścią, jestem przeciw drugiej, czyli jestem na NIE. Kto mu to napisał? Ekspert od blefowania Rońda? Nie można wymagać odpowiedzi tak lub nie na dwa pytania zawarte w jednym zdaniu złożonym ze zdań równorzędnych, z których każde może wymagać innej odpowiedzi.

3. Komu w kancelarii zależy na kompromitacji prezydenta? Pomysł kolejnego niepełnosprytnego ze sztabu PiS - jeden termin, jedna komisja. Nie każdy wyborca chciałby, żeby szwagierka sołtysa z PiS siedząca w komisji, wiedziała, że on i jego rodzina nie biorą kart do głosowania w referendum. Przecież biorąc kartę podnosimy frekwencję, istotną dla ważności referendum? Gdzie prawo do tajemnicy. Czy to znaczy, że PiS będzie teraz wszystkim patrzył przez ramię w karty wyborcze? Moźe głosujmy przez aklamację, jak na zebraniach komórki zakładowej PZPR. Jawnost, głasnost, pieriestrojka!
Kpina z wyborców, z demokracji, ubrana w misjonarskie frazesy. Zwykły prymitywny włam na rympał. Nawet finezja wywodów Mastalerka nie jest w stanie nadać logicznego wymiaru tym topornym próbom wykiwania Polaków.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Refleksja polityczna, choć książka nie całkiem o polityce

Nie pisałem ostatnio, bo czytam. To chyba szlachetniejsze zajęcie i bardziej wakacyjne. Po wspomnieniach Jerzego Kisielewskiego "Pierwsza woda po Kisielu" wróciłem do książki "Róża" o historiach rodzinnych Róży Thun, z domu Woźniakowskiej, spokrewnionej z Pawlikowskimi, Kossakami, Tarnowskimi. Przemawia do mnie opowieść o trudnym, uczciwym życiu, o niezłomności osób z kręgu Tygodnika Powszechnego, ojca, a wcześniej dziadków, babć, przyjaciół, chociaż nigdzie nie pada słowo "niezłomny". Wspomnienia zabieganej europosłanki, spisane z pomocą redaktorską, są ważne, ciekawe i inspirujące do refleksji w kontekście współczesnych spraw.

Mnie np. zastanowiło, jak prawicowe pospolite ruszenie PC, potem PiS zdewaluowało słowa: prawość, uczciwość, odwaga, wycierając sobie nimi gęby?




Prof. Jacek Woźniakowski, jeszcze w czasach Znaku, zanim powstał pierwszy rząd po 89, mówił - o ile dobrze cytuję - "za Tadeuszem Mazowieckim poszedłbym w ogień". Środowisko Porozumienia Centrum zrobiło z Mazowieckiego wroga przemian, żółwia, w pewnych kręgach (gdzie jest to obelgą) nawet Żyda. Jak niewiele trzeba, żeby ruszyć lawinę niechęci, nienawiści - są u nas od tego polityczni zawodowcy. Nie tak dawno Jarosław Kaczyński odszczekiwał po śmierci Mazowieckiego paszkwile, których był inicjatorem w latach "wojny na górze". Bliźniacy rozdmuchali ją dla Lecha Wałęsy, którego zwycięstwo wyniosło ich do wysokich urzędów. A kilka lat później ci sami chłopcy spod znaków PC skrzyknięci przez Kaczyńskich znaleźli innego wroga i mogli w imię nowych haseł wieszać psy na Wałęsie.

Mam dobrą pamięć, pamiętam jak "patrioci" zniszczyli pierwszego premiera wolnej Polski, pamiętam jak opowiadali o 25 latach niewoli, o zamachu, zdrajcach spod znaku Okrągłego Stołu, żeby ogłupić łatwowierny elektorat. Może dlatego uważam, że wyłącznie brak pamięci usprawiedliwia głosujących na wszelkie zawistne miernoty, które lgną do prezesa, jakby wytwarzał jakieś feromony.

Ciekawa książka, ciekawe życie, mało w niej polityki. Kraków lat 50-60., willa pod Jedlami, Mazury, Tybet - nawet pewne anegdoty pokrywają się ze wspomnieniami Jerzego Kisielewskiego. Polecam.


środa, 20 maja 2015

Uważaj, o co Boga prosisz, bo może spełnić

Mały sprawdzian. Z czyjego programu wyborczego pochodzą te zdania? 



W parlamencie powinni znaleźć się najlepsi, najzdolniejsi i najmądrzejszy politycy, nie najwierniejsi, najbliżsi i najbardziej łaszący się do wodza. Chcemy się w ten sposób przeciwstawić zwyczajowi wypełniania list wyborczych osobami zasłużonymi dla danej partii, bez zwracania uwagi na indywidualne cechy charakteru i umiejętności danej osoby.

Otóż pierwsze zdanie to program Kukiza, drugie - dosłowny cytat pkt. 6 programu NSDAP z 1920 roku, napisanego przez Adolfa Hitlera. Brzmią podobnie? Działają podobnie? Jak widać, cały czas działają na słupki poparcia. Cały ten punkt 6. brzmi niewinnie i niegłupio. Co z tego wyszło wtedy? Co z tego wyjdzie teraz?


Wtedy ludzie też mieli dosyć i chcieli zmian. Wódz z charyzmą i ogniem gniewu w oczach przemawiał prosto do serc, mówił to, co chcieli usłyszeć, grzmiał na złodziei, wskazywał, że kraj czeka na nowe rozdanie, społeczeństwu należy się cała władza. Mówił "ojczyzna", "naród", przysięgał, że nie zdradzi, wzywał do wytrwałości w walce o zmiany. 
Wczujcie się w tamte motywacje - przenieście się w rok 1933.



A przy okazji, czy hasła: "Polsko potrafisz" i "Erwache Deutschland" (pierwszy z pochylonym, stylizowanym krzyżykiem Raifeissen Banku Kukiza, drugi z pochylonym Hakenkreuzem) bardzo się różnią? 

Odpłynąłem? Prawda, nie każdy polityk to nazista.
Oczywiście, ale to, co robi Kukiz, to nie wiejska zabawa. Zwracam uwagę jak rodził się tamten ruch, jakie miał motywacje, do czego doszedł. Kiedy słyszę z ambon "dlaczego katolik powinien głosować na...", to przypomina mi się plakat "Warum muss der Katholik die Reichstagliste Adolf Hitlers wahlen". 
Surowo oceniałem Niemców, za to, że dopuścili do tych strasznych 11 lat ubiegłego wieku. Nie rozumiałem certolenia się z dochodzącym do władzy Hitlerem takich autorytetów jak Thomas Mann, czy Heidegger, wręcz uwiedziony tamtymi ideami.

Popatrz, na  jakie szczytne hasła głosowali wtedy wyborcy, przeczytaj ten program i odpowiedz sobie na pytanie, czy nie jesteś już trybikiem maszyny, którą kręci ktoś porywająco szczery. Czy TEN ruch i TEN człowiek za 10 lat u władzy będzie mówił tym samym głosem?

Historia niczego nie uczy, a tłum nie ma sumienia, tylko emocje.



Wpisy z etykietą Kukiz:
Najlepiej płatna posada w Polsce - trybun niezadowolenia

Przesadyzm medialny

"Prasa kłamie", albo "TV kłamie" - pisało się na ścianach w stanie wojennym, jednak wtedy była jedna gazeta i jeden program. Jak ci się nie podoba dzisiejszy przekaz w mediach, znajdź sobie coś odpowiedniego z oferty 300 kanałów i gazet. I nie opowiadaj, że nie ma wolności i że jest jak w stanie wojennym.

Czas gorący, nie chcę się przekrzykiwać na slogany, więc zrobiłem taki eksperyment. Na stronie Wpolityce.pl włączyłem wyszukiwanie słowa "Komorowski". Mozilla odpowiedziała: "more than 100"!!! Na 1 stronie! Przypomniały mi się endeckie gazety z lat 30, gdzie na pierwszej stronie przynajmniej trzy razy musiało być słowo "Żyd" lub "żydowski". Prześledziłem pierwsze 20 słów. Naprawdę teksty mające tylko jeden cel - znieważyć, zabić wirtualnie, opluć. To jest hodowanie agresywnej rasy czytelnika. Jeśli się nie zatrzymamy w tym szaleństwie, media utopią się w żółci.
Potem otworzyłem inną skrajność - Gazeta.pl. Wyszukałem słowo "Duda". Wynik - 5 razy: 

  • "Komorowski i Duda odpowiadają na nasze pytania", 
  • "Kampania pod znakiem botoksu Dudy i leguminy Komorowskiego", 
  • "Balcerowicz namawia: Nie wybierajcie Dudy", 
  • "Sojusz Millera z Dudą", 
  • "Duda czy Komorowski? Sprawdź w naszym teście, do kogo ci politycznie bliżej".
 
Ciekawe, kto zauważył, że w każdym tytule są dwa nazwiska?
Nie wiem, czy sprawiła to różnica IQ redaktorów naczelnych, czy to różnica między koszernością, a bogoojczyźnianą siermiężnością, czy Michnik to szczwany lis, sprytniejszy od Karnowskiego, ale mam wrażenie, że wpolityce.pl bliżej do Trybuny Ludu z czasów stanu wojennego. Nie jestem fanem ani jednej, ani drugiej formuły dziennikarstwa, ani mediów Agory, ani tym bardziej tych Karnowskich. Jednak w kwestiach pewnej klasy i umiaru w uprawianiu propagandy mogę się wypowiedzieć. Każdy ma jakieś przekonania, nie istnieje absolutny obiektywizm. Obiektywne dziennikarstwo nie musi z suwmiarką odmierzać równego dystansu między mądrością, a głupotą, między uczciwością, a kłamstwem. Jeśli ktoś z własnego domu nie wyniósł umiejętności odróżniania i opowiadania się po właściwej stronie, to na nic mu będzie nawet "Przesłanie pana Cogito" wpisane w manifest, czy dziennikarski kodeks. 


Wszelkim wytrzeźwiałym moralistom, wyrzekającym na współczesną dyktaturę, mogę tylko przypomnieć, że za samą próbę zrobienia sondy "czy podoba ci się władza" mogli zostać w PRL śmiertelnie pobici przez nieznanych sprawców, albo w lepszych czasach skuci, wywiezieni nyską 100 km do lasu i wypuszczeni w majtkach. Dziś mogą pytać, byle uczciwie. Pan redaktor zadał telewidzom pytanie, sformułowane jak teza artykułu Trybuny z 1968. Nikt go nie zatrzymał, pojechał sobie taksówką do domu i tam na FB zaprotestował przeciwko szykanom, czyli zawieszeniu odcinka programu. Odcinka! Twierdzi, że to standardy białoruskie, choć na Białorusi nikt taki jak on nie miałby szansy wejść do studia, redagować program i sprawdzać, czy widzowie zagłosują na prezydenta popieranego przez "wiadomo kogo". Uciemiężoną polską opozycję boli straszenie służbami pukającymi o piątej nad ranem, a nie drażni spot wyborczy z Putinem, dzwoniącym do sypialni urzędującego jeszcze prezydenta. Nie można tu postawić znaku równości, bo protestów jednej strony jakoś nie słychać (może wpisali to w reguły demokracji). Druga strona krzyczy - gwałt, dyktatura, białoruskie standardy. Mam wrażenie, że Norman Davies miał rację, pisząc o pisowskiej mentalności łobuza, który sam leje ludzi w bramie, a jak trafi na opór i dostanie w pysk, krzyczy: ratunku biją!
Kampania się skończy, może buksujący dziś kołami do koryta politycy i dziennikarze doczekają się oczekiwanych gratyfikacji za swoje usługi. Może awansują na prezesów. Ale myśmy to już przerabiali. Nie przeszli do panteonu nadredaktorzy z awansu, którzy bezskutecznie próbowali skrzyknąć kompetentny zespół dziennikarski, a skazani byli na miernoty, bo zapomnieli te słowa:

"
strzeż się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszych


 Tylko umiar może nas wyrwać z tego chocholego tańca.


sobota, 16 maja 2015

Polska Rzeczpospolita Dudowa - Konstytucja duetu Duda-Ziobro


Przejrzałem projekt konstytucji PiS z 2010, przywoływany ostatnio przez Dudę, a obecny na stronach partii. Całość nie wygląda na dokument jednoczący i pojednawczy. Jest jednak pewien postęp w stosunku do projektu PiS z 2005 roku, który był po prostu wypowiedzeniem wojny III RP. Widać, że nauczka dwuletnich groteskowych rządów nie poszła na marne i drapieżnik nauczył się chować pazury. Nawet po uchwaleniu łagodniejszej konstytucji, ustawami można wprowadzić tu Dudapeszt.





Pomijam preambułę, która przez pięć lat napuchła bardziej od klerykalnych zaklęć i zdradza silne pokrewieństwo z węgierskim wstępem konstytucji Orbana. Dobrze, że historia  przekazała obraz dalekiego od świętości Bolesława Chrobrego, bo pewnie i on, obok świętego Stefana, byłby przyzywany przez prawicowych ustawodawców, szukających przodka pasującego do ich obrazu świata. Ustroje się zmieniają, politycy nie. Prapradziad, najlepiej święty dobrze wygląda w życiorysie.

PiS przymierza się do urodzenia kolejnego projektu Konstytucji RP, warto więc porównać dwa ostatnie, z 2005 i 2010 roku, zanim na fali euforii powstanie wersja 2015.

 

 

1. W stosunku do starszej wersji zmodyfikowano artykuły dotyczące IPN, lustracji oraz tajemniczej "Komisji Prawdy i Sprawiedliwości", które były dłuższe niż cały rozdział o Skarbie Państwa i Finansach Publicznych. W nowym projekci i tak w tej części pobrzmiewają echa niesławnej ustawy lustracyjnej Ziobry-Dudy, zmiażdżonej przez Trybunał Konstytucyjny. Prawdopodobnie już trwa majstrowanie nad tym rozdziałem, bo przecież IPN zawsze był dla PiS wygodnym narzędziem wykańczania konkurentów.

2. Odstąpiono od ochrony pamięci Kościoła przez IPN, który był w projekcie z 2005. Skoro Ustawa Zasadnicza zastrzega rozdział państwa od Kościoła, dlaczego IPN ma badać z mocy Konstytucji zbrodnie godzące w prawa Kościoła, a nie wyszczególniono np praw Romów, mniejszości seksualnych, albo przedsiębiorców prywatnych?
Nie wiem czemu IPN miałby z mocy Konstytucji być powołany do  pogłębienia wiedzy o grzechach wyłącznie partii komunistycznej, pomijając działania IPN dotyczące pamięci w obszarach II wojny światowej i wcześniejszych? To też złagodzono, poszerzając zasięg historyczny prac IPN.
 
3. Zniknęła tak zwana "Komisja Prawdy i Sprawiedliwości" wyglądająca na pomysł z Orwella i zalatująca Świętym Oficjum Inkwizycji. Miała 5 lat "badać i ujawni działania, podejmowanw interesie prywatnym lub grupowym po 31 grudnia 1989 przy wykorzystaniu pełnionych funkcji lub wpływów (...)". Politycy PiS pewnie uznali, że nauczyli się to robić za czasów duetu Ziobro-Duda bez konstytucji.

4. Projekt konstytucji z 2005 jest anachroniczny w kwestiach mediów, wałkuje, jak za czasów młodości prezesa PiS, sprawy Urzędu Radiofonii i Telewizji oraz misji TVP. W
2010 dopisano, z trudem goniący rzeczywistość i postęp technologiczny, rozdział o Urzędzie do Spraw Mediów Elektronicznych, w którym media elektroniczne nadal nie są MEDIAMI.

5. Zniknął też inny byt z projektu 2005 - Urząd Pomocy Ofiarom Bezprawia, który miał zastąpić Rzecznika Praw Obywatelskich. Była to oczywista manifestacja tezy, że praw obywatelskich w Polsce nie było, dopiero IV RP miała rozprawić się z bezprawiem jakie zastała. Urząd ten musiałby jednak pomagać wielu ofiarom rządów Prawych i Sprawiedliwych, dlatego pewnie nie pojawi się w nowszych projektach.

6. Jak projekty przedstawiają rolę prezydenta. Prezydent ma zostać wyniesiony do rangi udzielnego władcy. Zgodnie z projektem 2010 mógłby blokować swoim wetem nadzwyczajnym wszelkie inicjatywy i miałby gwarantowaną wyjątkową władzę ustawodawczą, pozwalającą na wydawanie rozporządzeń z mocą ustawy, głosowanych zwykłą większością. Ciekawe, że do startu w wyborach prezydenckich każdy kandydat - również Duda - potrzebowałby według nowej konstytucji już 300 tys. (nie 100 tys. jak dziś) podpisów, ale zabezpieczono się, gdyby nie dostał - 200 tysięcy podpisów mógłby zastąpić 300 (słownie trzystoma) podpisami funkcjonariuszy publicznych, pochodzących z wyboru (posłów, wójtów, burmistrzów, radnych itp.). Zapachniało władztwem funkcjonariuszy - łatwo zgadnąć z jakiej opcji.


 7. Ciekawe, czy konstytucja kraju powinna przypominać obywatelom, że władza może wysłać ich do psychiatryka? Taki punkt znalazł się w ostatnim projekcie PiS: "W przypadkach określonych w ustawie sąd może nakazać poddanie osoby, która ze względu na zaburzenia psychiczne stwarza zagrożenie dla życia, zdrowia lub nietykalności cielesnej innych osób, zabiegom medycznym zmniejszającym to zagrożenie."

8. Nie masz też obywatelu w projekcie Konstytucji PiS z 2010 roku prawa do odszkodowania, gdybyś został bezprawnie zatrzymany przez jakiegoś Agenta Tomka lub Antka (gwarantuje to jeszcze Art. 41 ust. 5 obecnej Konstytucji RP)

9. Państwo odmienia słowo kobieta wyłącznie w kontekście związku kobiety z mężczyzną. Nie uznaje natomiast, aby równe prawa kobiety i mężczyzny musiała gwarantować  konstytucja, bo usunięto obecny Art. 33.

10. Oczywiście projekt konstytucji PiS z 2010 gwarantował trwałe upartyjnienia stanowiska Prokuratora Generalnego, poprzez połączenie tego stołka z funkcją Ministra Sprawiedliwości, podległego premierowi (Jarosław Kaczyński  w TV Republika zapowiedział ostatnio powrót do tego rozwiązania z czasów Ziobry. Brakuje mu  widocznie w TV prokuratorów z kajdankami w domach opozycji, wysyłanych po naradach w gabinecie premiera).


A na koniec kuriozum, artykuł, który absolutnie nie mógł zostać pominięty w wersji 2010 - Art. 5. Jest on bardziej celem samym w sobie, bo brzmi: "Rzeczpospolita Polska jest państwem jednolitym."
Nie wiem: rasowo, co do preferencji seksualnych, poglądów politycznych, religii??? Niech każdy sobie odpowie.

Cel będzie osiągnięty, kiedy partia z rozmodlonym prezydentem, premierem i marszałkami Sejmu i Senatu rozprawi się z odstępcami oraz tęczowymi mniejszościami, a wdzięczny naród zaśpiewa wreszcie "Ojczyznę wolną pobłogosław Panie".