czwartek, 5 marca 2015

Czy KK może być jak CC?

Wiara jak Coca-Cola. Taki właśnie punkt wyjścia na potrzeby «naukawych» dociekań stworzył Jakub Marczyński, dyrektor kreatywny Stowarzyszenia WIOSNA. 
Zaczyna tak:
„Mam takie zboczenie, że czasami patrzę na świat przez pryzmat brandingu. Jakiś czas temu zacząłem patrzeć w ten sposób na Kościół – który jako pierwsza marka na świecie, od dwóch tysięcy lat toczy największą kampanię marketingu emocjonalnego na rzecz szerzenia wiary. I piszę ten materiał, bo coraz mocniej odczuwam, że w tej największej kampanii świata coś ostatnio się nie składa. Czuję, że mamy do czynienia z kryzysem wizerunku, z którym trzeba zrobić jak najszybciej porządek.” http://www.proto.pl/artykuly/wiara-jak-coca-cola


O Boże Abrahama, Mojżesza i Szymona rybaka! Właśnie zapukali do mnie specjaliści od rebrandingu i odnawiania wizerunku: Puk, puk! "Chciałby pan porozmawiać o Bogu, o życiu wiecznym i o prawdziwym odczytaniu Pisma. Mamy takie ulotki z superbohaterem, który pokonał śmierć".


Przez moment zastanawiałem się, czy tekst na PRoto.pl nie jest właśnie content marketingiem... zleconym przez KK (Kościół Katolicki), prawie jak przez CC (coca-colę)?

Doceniam potrzebę przelania na papier, czy do sieci, ulewających się zawodowych emocji autora tekstu, ale w życiu nie czytałem czegoś bardziej naiwnego. Coś tu zgrzyta i urąga wiedzy o PR. Dwa, a nawet sześć tysięcy lat religii, ewoluującej od wczesnego judaizmu do współczesnego katolicyzmu, to ciągłe kryzysy marki. Obecny wcale nie jest największy. Receptura tej wiary zmieniała się tysiące razy. W Coca-Coli receptura jest podobno niezmienna od początku.

Po drugie - credo mówi wyraźnie: "wierzę w Kościół...". Kościół jest przedmiotem i podmiotem wiary, a autor oddziela markę od sieci sklepów, zapominając, że właśnie stróżem marki (wiary) jest ta sieć (kościół instytucjonalny, pełen ambicji, animozji, merkantylizmu i politykierstwa). Odnawianie marki, bez udziału sieci sklepów wiązałoby się ze sprzedażą obwoźną, uliczną, zdalną. A to już kilka sekt, czyli agencji PR-owskich wymyśliło, choćby ta, pukająca do drzwi w dwuosobowych oddziałach marketingowców z ulotkami. Swoją drogą, właśnie tamci odnowiciele zakładają bardzo ograniczoną grupę docelową. Według świadków Jehowy tylko 144 tysiące najlepszych spośród miliardów ludzi zostanie wziętych przez Boga do nieba. Nie ma jak precyzyjnie skierowany konkurs z nagrodami w Social Mediach.

W krótkich słowach - w KK nie da się przeprowadzić żadnej kampanii PR ze względu na jego rosnące rozwarstwienie - konserwatywna i ultrakonserwatywna góra i liberalizujący się dół. Góra niczego nie zleci, a jeśli inicjatywa wyjdzie z dołu, zostanie przez górę utrącona, jako schizma. To już biskup krakowski Karol Wojtyła powiedział: "Żeby zmienić cokolwiek w Kościele, trzeba zajść bardzo wysoko". I niczego nie zmienił.

Wiara (katolicka) byłby marką, gdyby KK potrafił określić grupę, do której chce dotrzeć, a i z tym ma problemy. W marketingu i w PR podstawowe działania mają na celu budowanie jak najtrwalszych relacji z coraz szerszą grupą klientów. Tymczasem wszystkie ostatnie działania KK w Polsce i Europie, to działania wykluczające i zniechęcające coraz szersze grupy.

  1. Kampania "przeciw konkubinatowi" – strasząca piekłem biednych studentów, waletujących w akademikach bez sakramentalnej zgody KK, 
  2. Kampania "antygender" – szerząca opinie zniekształcające większość idei genderyzmu, znanych i wykładanych na uniwersytetach od 30 lat, 
  3. Kampania "anty in-vitro" – w ujęciu ks. Oko, wyrzucająca poza nawias Kościoła nawet ludzi poczętych tą metodą, 
  4. Kampania przeciw ustawom "antyprzemocowym" – odbierana jako utrwalanie mizoginistycznego obrazu świata, ukształtowanego tysiące lat temu przez Stary Testament i obrona podrzędnej roli kobiet w małżeństwie. 

Ani jednej kampanii pozytywnej, wszystkie negatywne.

Generalnie wszystkie służą wykluczeniu, ograniczeniu nowych relacji, stoją w sprzeczności z ekumenizmem i nauką Pawła z Tarsu, który otworzył Kościół dla świata po soborze w Jerozolimie. Wyprowadził wtedy sektę wyrosłą z judaizmu na nowe wody - zaczęła być marką otwartą na nowe relacje, na Greków, Rzymian, na nieobrzezanych. To był PR-owiec wyprzedzający swoją epokę. Teraz mamy działania odwrotne. Oblężona twierdza piętnująca wszystko co odmienne nie ma szans stać się marką na rynku. Chyba że kieruje się do ściśle ograniczonego targetu – religijnych fundamentalistów. 

sobota, 28 lutego 2015

Tak to się robi w Moskwie

Za miesiąc, dwa wszyscy zapomną, jak o Politkowskiej, więc notuję w moim niematerialnym notesie. Kiedy Borys Niemcow został zastrzelony w sobotę w centrum Moskwy, pomyślałem, że nie pasował już do tego obrazka ogólnonarodowej aprobaty dla łajdactw Putina i jego kolegów z KGB. Wpisy na profilu FB Niemcowa były celne, bo personalne. Zbierały tysiące uwspólnień, lajków i dziesiątki zajadłych komentarzy trolli.


Był jednym z niewielu krytyków Kremla, którzy starali się walczyć z kraju, nie z zagranicy. Wierzył, że tak można Rosję zmienić. Ta wiara w moc wieców, demonstracji i ostatni nocny spacer po Moskwie były jego największymi błędami. Zginął kilkaset metrów od muru Kremla, na Wielkim Moskworeckim moście z widokiem na sobór Opieki Matki Bożej, zbudowany przez bezwzględnego mordercę oponentów - Iwana Groźnego. 

Śmierć symbol? W rocznicę "odbicia" Krymu i w Dniu Sił Specjalnych Federacji Rosyjskiej, pod okiem kamer monitoringu, gdzie pełno zawsze tajniaków i mundurowych. Cztery strzały w plecy, sprawcy nieznani, rozpłynęli się w kilka sekund. Na jednym z nagrań monitoringu widać też dwie osoby, które uciekają po strzałach, to najprawdopodobniej tajniacy, zawsze śledzący Niemcowa.

Jeśli ktoś uważa, że w Rosji i Rosjanach coś zmieni się po zabójstwie Niemcowa, bardzo się myli. Historia tego kraju, to długa lista zamordowanych jak on. W tym murze Kremla, obok którego zabito Niemcowa, spoczywa truchło Kirowa, komunisty, który się wychylił przed wodza Stalina. Przyjął zbyt długą owację delegatów podczas XVII zjazdu WKP(b) i zginął od strzału, również w plecy. Stalin, jak Putin teraz, ogłosił, że będzie nadzorował śledztwo. Tradycja usuwania politycznych wrogów jest tu długa i dotyczy setek bojarów, kniaziów, komisarzy. 

Niewielu, poza przyjaciółmi, płacze dziś w Rosji po Niemcowie. Kojarzył się z czasami Jelcyna, a gdzie Jelcynowi do Putina, gwiazdy mediów, do którego ikon modlą się już prawosławne sekty.






Kremlowska propaganda wypuściła, godzinę po śmierci Niemcowa, powtarzany przez reżimowe portale fejk, że głodująca Sawczenko właśnie zmarła. Sensacje zostały natychmiast zdementowane w kanałach SM przez adwokata Sawczenko. Równie szybko zareagował najbardziej niezależny Twitter, gdzie pojawiła się teoria, że to koledzy z KGB mówią Putinowi, znanym mu językiem: "Teraz już nie masz wyboru. Nic bez nas." Twitter nie ma granic i zahamowań, pojawił się i czarny humor, jakoby Russia Today w pośpiechu podała kilka minut przed samym zamachem informację o zastrzeleniu Niemcowa.

W sobotę policja zabrała z mieszkania zamordowanego twarde dyski komputerów. Można uznać, że to rutynowe działanie, jednak Niemcow w ostatnim wywiadzie mówił o upublicznieniu rozmów z rosyjskimi żołnierzami, którzy byli wysyłani do Donbasu. Wiadomo, że dyski mogą zawierać nie tylko informacje niewygodne w kontekście wojny, jaką Rosja prowadzi na Ukrainie, ale również wiele sensacji na temat świty Putina. Posty o Sieczinie i dziwnych finansowych przepływach kapitału między Bankiem Rosji, a Rosnieftem, często ostatnio trafiały na profil Niemcowa na Facebooku. Jako polityk znający ten krąg baronów naftowych, dawnych kagiebowców, wiedział o nich dużo więcej niż publikował.
Hipotezy, jakie snują Izwiestja, są śmieszne i tak dobrze znane w Polsce - nasza ubecja stosowała je przeciw opozycji nie raz:
1. "Zemsta nieznanych sponsorów, finansujących działania wywrotowe Niemcowa, które miały obalić rząd. Forsę przehulał, nie rozliczył się..." itp.
2. "Przechadzał się z bardzo młodą Ukrainką, która w Szwajcarii poddała się aborcji, to może być zemsta zazdrosnego mężczyzny modelki."
3. "Nie zagrażał Putinowi, nie miał już znaczenia, jako polityk opozycji. To prowokacja, która najbardziej szkodzi właśnie prezydentowi." - dodają różni eksperci. To już znamy, tak komentowano też śmierć Litwinienki. I to stanowisko usłużne media przyjęły jako zbliżone do oficjalnej linii propagandowej Kremla.


 
Natomiast bardzo prawdopodobna, a niezbyt chętnie podejmowana, jest hipoteza, że Niemcow zginął z tego samego powodu, co Anna Politkowska. Bo nie o zagrożenie polityczne w bezpośrednim starciu tu chodzi. Putin wygrałby z każdym kontrkandydatem, a jeśli uznałby, że to trudne, wysłałby go do klatki, jak Chodorkowskiego. Niemcow zagrażał wielu nafciarzom, mafiosom, szkolonym na Łubiance, którzy rozdali między siebie karty i rewiry. Nie był dyskretny, miał sporo do ujawnienia, jak Politkowska i Litwinienko. Teraz trwa przeczesywanie dysków jego komputerów, prawdopodobnie tak samo potraktowano dane ponad 80 dziennikarzy, którzy zginęli w Rosji w ostatnich latach.





Mafia nie wybacza:

Paul Chlebnikow - 2004 - Amerykanin, dziennikarz śledczy, szef rosyjskiego Forbesa, ujawniający mafijne struktury władzy na Kremlu, zastrzelony w Moskwie. Brak sprawców.

Anna Politkowska - 2006 - dziennikarka, pisząca o fortunach polityków i wojskowych, wyrosłych na wojnach czeczeńskich, zastrzelona w Moskwie w urodziny Putina. Nie znaleziono sprawców.

Aleksiej Litwinenko - 2006 - oficer, który ujawnił zbrodnie FSB, otruty polonem. Trwa śledztwo brytyjskie, wskazujące na sprawców wysłanych z Kremla.
 

Siergiej Magnitski - 2009 - po opublikowaniu doskonale udokumentowanych informacji o przekrętach putinowców, aresztowany, zmarł w rosyjskim więzieniu.
 

Stanisław Markiełow - 2009 - adwokat Politkowskiej, zamordowany w pobliżu Kremla, prawdopodobnie na zlecenie FSB. Oficjalnie sprawcy nieznani.

Boris Niemcow - 2015 - zastrzelony pod Kremlem dwa dni przed planowaną demonstracją przeciw polityce Putina.


Dwa tygodnie przed śmiercią Niemcow przyznał się w wywiadzie, że jego matka, 87-letnia staruszka, boi się, że Putin go wreszcie wykończy. Dziś prezydent złożył jej oficjalne kondolencje.



czwartek, 8 stycznia 2015

Trzy obrazki z Paryża

 Króciutki tryptyk - trzy kolory, trzy migawki.


-1-
Rozmawiałem kiedyś o północnych dzielnicach Paryża z Polką, paryską przewodniczką, mieszkającą tam od lat. Opisywała, jak odbywa się połykanie całych sektorów i dzielnic przez imigrantów z dawnych kolonii. Zaczyna się np od zwykłej kafejki i czterech kolegów z Algierii, którzy przyjechali do Paryża. Znają francuski, który do 1962 był u nich jeszcze językiem urzędowym, więc do Francji było wyjechać najprościej. Są bezrobotni, więc mają dużo czasu, ale marzą oczywiście o lepszym życiu. Po dziadach odziedziczyli pretensje do europejskich kolonizatorów i zwyczaj przesiadywania przy przesłodzonej herbacie. Okupują godzinami pobliską kafejkę, dyskutują głośno w swoim języku i po kilku miesiącach takich "kuchennych rewolucji" inni stali goście zaczynają to miejsce omijać. Ale przybywa przy stolikach płacących po parę centów znajomych z Algierii. Knajpka staje się "lokalem środowiskowym" i traci dawnego właściciela, który woli odsprzedać ją komukolwiek, kto zechce kupić za niewielkie już pieniądze, czytaj odsprzedać Algierczykom - właśnie w ten sposób słaby pieniądz wypiera mocny. I to jest już punkt lokacyjny nowego siedliska - wokół narasta społeczność samców, siedzących przy herbacie, którzy do życia nie potrzebują wiele, ale potrzebują mieć blisko swoje żony i dzieci - czasem kilka żon, bo islam nie uznaje bigamii za przestępstwo. Sprowadzają je więc, legalnie i nielegalnie, z Afryki. Rośnie społeczność o niewielkich potrzebach, małych ambicjach, zupełnie obca kulturowo, ale uznająca się za paryżan (przynajmniej w drugim pokoleniu).

-2-
No właśnie - a co z bigamią i odmiennością kulturową? Przecież prawo francuskie nie toleruje wielożeństwa. Tyle, że facet, który skolonizował knajpkę gdzieś pod Stad de France, miał te żony, zanim przyjechał do Francji. Ma się rozwieść, porzucić te starsze, brzydsze i zarejestrować w urzędzie jedną? I tak ma urząd gdzieś, chodzi tam tylko po forsę.
Dlatego uważam, że jest już za późno. Przekonał się o tym Nicolas Sarkozy, jeszcze kiedy był ministrem spraw wewnętrznych, wywołując zaostrzeniem polityki wobec imigrantów protesty, płonęły wtedy całe dzielnice. Nota bene, Sarkozy sam jest potomkiem imigrantów z Węgier i Grecji. Kiedy mówił o zakazie noszenia kwefów na twarzach, stał już po przeciwnej stronie, broniąc tych zasymilowanych nowych Francuzów przed zamaskowanymi fanatykami. Wybór dla nas łatwy, dla francuskiego polityka nie - pozwolić na zasłonięcie twarzy potencjalnym zamachowcom i zamknąć (właściwie zaspawać) znów wszystkie uliczne śmietniki w obawie przed bombami, jak po zamachach na stacjach Saint-Michel i Charles de Gaulle - Étoile w 1995, czy kazać odsłaniać twarze i śmietniki? Niestety i jedno, i drugie oznacza dziś
 wojnę na ulicach, przy czującej swą siłę masie, Barbarii - jak nazwał ją Eryk Mistewicz.

-3-
Pamiętam jedną z moich wizyt w Paryżu, wieczorny spacer przez Pola Marsowe, na plac za wieżą Eiffla. A tam zapach kadzidła i balanga przy bębnach i tam-tamach. Tłum - kilkaset osób ustawionych wokół kucających grajków i rytmicznie tańczącej grupy, wyjętej wprost z przewodnika po krajach Maghrebu. Kawał świata w pigułce, bo skwer nazywa się Plac Varsovie. Wracam później metrem do hotelu. Do wagonu co chwila wsiada nowy śpiewak z instrumentem, ale jeden zbiera naprawdę kupę kasy. Pasażerowie płacą, nie żałują. Myślicie, że śpiewa coś ze znanych kawałków Edit Piaff, Brella, czy Aznavoura? Nie! Piosenka jest krótka i brzmi mniej więcej tak: "Je te aime l'Algérie, je te aime Sénégal, je te aime Mozambique, je te aime de tout l’Afrique".

Cieszcie się Paryżem, póki jest. 



piątek, 28 listopada 2014

Między "czarnym złotem" a „żółtą grozą”


Grupa państw OPEC nie będzie ryzykować dla Rosji. Nie obniży planów wydobycia ropy, aby zatrzymać spadek cen na światowych giełdach.



Fantastycznie! Niskie ceny paliw napędzają na świecie koniunkturę w innych gałęziach przemysłu, których w Rosji NIE MA. Żeby zbroić armię i pilnować zagrabionych bez sensu terenów na Krymie, Kaukazie i na Ukrainie, Putin odbierze ruble zwykłym Rosjanom. Już obniżył podatki Gazpromowi - czytaj obniżył koszty sobie i kolegom (ma tam prawie 5 proc udziałów), a wyjął z kasy państwa, czyli odebrał szkołom, szpitalom, obywatelom. Za rok, dwa - jak przewiduje Wiktor Suworow - skończy się Putin i jego gangsterzy, którzy mieli złoty okres - kradli na potęgę, kupowali samoloty, posiadłości w Wielkiej Brytanii, Włoszech, na Lazurowym Wybrzeżu. Aż nagle Wowie z enerdowskiej placówki KGB zachciało się zmienić żonę na młodszą, zamknąć wszystkie niezależne media i grozić wszystkim paluchem. Z czym do ludzi? Rosja umiera - zdemoralizowane, zagubione w postimperialnej propagandzie społeczeństwo kurczy się. Cały ogromny obszar południowego wschodu Rosji kolonizują Chińczycy. W przygranicznych rejonach jest ich 110 mln, gdy po drugiej stronie 6 mln Rosjan. Szacuje się, że tyleż Chińczyków żyje już w Rosji, legalnie i nielegalnie budując swoje interesy. Zakładają wioski, dochodowe plantacje, mają koneksje, plany i za sobą ogromny kapitał. Mogą w ciągu kilku dekad stworzyć Nowokitaj bez użycia armii, po prostu wykupić - jak w Monopoly - to, co jeszcze Rosja uważa za jedyny swój atut - kopalnie, pola naftowe, rurociągi. Rosja próbuje od lat bronić się przed kolonizac znanymi metodami, sekując firmy prowadzone przez podstawionych Rosjan, ale należące do Chińczyków, wprowadzając ograniczenia imigracyjne, ale Nowokitaj już wykiełkował i rośnie na terenach, które kiedyś należały do Chin. To przecież Putin pokazał, jak odebrać coś, co uważał za swoje, stworzył precedens, naruszając granice, pompując ruble w wyrwanie Ukrainie terenów tzw. Noworosji i wysyłając tam czołgi. Chiny będę czekać, obserwując rozkład Rosji - w tej części świata nie ma miejsca na dwa mocarstwa.


To powtórka z historii - mania wielkości popchnęła do przegranej wojny krymskiej cara Mikołaja I, który również uważał się za pana świata. I świat pokazał mu jego miejsce - Rosja, tak jak wtedy, jest zacofana technicznie i gospodarczo. PKB tego rozkładającego się molocha jest porównywalne z PKB Włoch, rosyjska gospodarka jest tak niewydolna, że WSZYSTKO muszą importować, nawet podstawowe produkty spożywcze. Putin zapoczątkował tylko lawinę, która potoczy się znacznie szybciej niż upadek caratu po klęskach 1856. Nie pomogą setki szpiegów i agentów wpływu w krajach UE, nie pomogą umizgi do Chińczyków. Rosja zgnije od wewnątrz, a Chiny kiedyś to wakorzystają.



Korzystałem między innymi z informacji zawartych na niezależnych blogach Rosjan (systematycznie zamykanych, zmieniających adresy serwerów) np. TEGO "Желтая угроза"

niedziela, 5 października 2014

Prawdziwe kłamstwa

No i wydało się! Po mojej lewej stronie siedzi kłamca, po prawej siedzi... kłamca. 


Wybrałem się na wykład inauguracyjny Uniwersytetu Dziecięcego. Mój syn w auli obok słucha o wędrówkach z mikroskopem po niewidzialnych światach, ja słucham o kłamczuchach, na razie dorosłych, później o maluchach. Słucham i robię rachunek sumienia. Żonę poderwałam kłamiąc, bo nie powiedziałem jej, że ma fantastyczny tyłek i chciałbym to sprawdzić dokładniej, tylko bujałem, że marzę o spotkaniu przy herbacie... Nawet nie przy kawie, której nie lubiła, o czym wiedziałem. Fuj kłamczuch, ale skuteczny, jak się później okazało. Kłamałem idąc do pierwszej pracy w Dzienniku, bo czy naczelny chciałby usłyszeć, że jego gazeta jest do dupy i trzeba w niej wszystko zmienić. Kłamałem, zaczynając wydawać miesięcznik motoryzacyjny, bo nie bardzo wtedy pamiętałem z liceum, co to moment obrotowy. Przypomniałem sobie szybko i widać ludzie lubią być okłamywani, bo po trzech miesiącach łgania magazyn stał się bestsellerem, a inne - publikujące inżynierskie tabelki - upadły. Czy jestem kłamcą notorycznym? Chyba nie, podobno 60 proc. wszystkich konwersacji ma charakter kłamstewek, a ludzie kłamią średnio co 10 minut. Zdaje się, że u mnie to minimum 30 minut. 
Przesadzałem, koloryzowałem, szukałem wymówek, mea culpa. Czy gdybym mówił szczerze całą prawdę i tylko prawdę, siedziałbym na uniwersyteckich wykładach z synem, słuchającym o mikroskopach za ścianą? Czy w ogóle bez tych kłamstw byłaby możliwa komunikacja z przyszłą żoną, która chyba też myślała o czymś więcej, niż o herbacie, jednak nie była wtedy gotowa na szczere zaproszenie na kolację ze śniadaniem. Nie sądzę, aby tego rodzaju kłamstwa były niemoralne. Nasze życie stanęłoby bez nich w miejscu, zamarłaby komunikacja i relacje straciłyby wdzięk. 
Pani doktor psychologii przechodzi do tematu sumienia i relatywizmu moralnego, a ja zastanawiam się, czy jestem społecznym konformistą, bajerującym dla świętego spokoju, czy wręcz przeciwnie. Ile konfliktów wynikło ze szczerego powiedzenia znajomym prawdy w oczy? Zabawne, bo te małe potrzebne kłamstwa gdzieś przebrzmiały, a niepotrzebna prawda do dziś przez lata leży cieniem na moich relacjach z pewnymi osobami. Może do prawdy o sobie trzeba dorosnąć, aby unieść ciężar kilku szczerych zdań. 
Spojrzenie z dystansu na własną karygodną prawdomówność i kłamstwa pozwala mi dziś odpowiedzieć na pozornie proste pytanie, czy wychowuję syna do życia w kłamstwie, czy w prawdzie. Będą z niego ludzie, czy nie? 
Efektem wykładu są moje lekko oderwane od niego przemyślenia. Nic się nie zmieniło od czasów studenckich, wtedy gryzmoliłem w auli własne wytwory, układające w pamięci to, co wpadało do ucha. Dziś, ściskający pierwszy indeks syn też ma przemyślenia i również nie robił notatek. Geny?

piątek, 15 sierpnia 2014

Rosyjska dusza u psychologa

Słucham przemówienia Putina o ochronie ludności cywilnej, o utracie kontroli przez rząd Ukrainy i coś mi ono przypomina:

"Rząd polski rozpadł się i nie przejawia żadnych oznak życia. (...) Dlatego też rząd sowiecki, który zachowywał dotąd neutralność, nie może pozostać dłużej neutralnym w obliczu tych faktów.
Rząd sowiecki nie może również pozostać obojętnym w chwili, gdy bracia tej samej krwi, Ukraińcy i Białorusini, zamieszkujący na terytorium Polski i pozostawieni swemu losowi, znajdują się bez żadnej obrony.
Biorąc pod uwagę tę sytuację, rząd sowiecki wydał rozkazy naczelnemu dowództwu Armii Czerwonej, aby jej oddziały przekroczyły granicę i wzięły pod obronę życie i mienie ludności zachodniej Ukrainy i zachodniej Białorusi.
Rząd sowiecki zamierza jednocześnie podjąć wszelkie wysiłki, aby uwolnić lud polski od nieszczęsnej wojny, w którą wpędzili go nierozsądni przywódcy, i dać mu możliwość egzystencji w warunkach pokojowych.

Podpisano: komisarz ludowy spraw zagranicznych
WIACZESŁAW MOŁOTOW"




To kuriozalna nota, wręczona rano 17 września 1939 roku polskiemu ambasadorowi w Moskwie. Wacław Grzybowski odmówił jej przyjęcia. Składała się z samych kłamstw, ale czy rosyjska dyplomacja kiedykolwiek dbała o protokół, formy, o prawdę? Zawsze była narzędziem wewnętrznej propagandy. Dużo wcześniej napaść na Polskę została uzgodniona na najwyższym szczeblu Hitler-Stalin, a z terminem ataku Rosjanie czekali na niemiecki komunikat (fałszywy) o zdobyciu Warszawy.

Co ciekawe, wydarzenia 17.09.39 we wszystkich wersjach językowych Wikipedii nazywane są "napaścią", a w rosyjskiej wciąż "ochroną". Rosjanie nigdy nie przyznali się, że to oni wspólnie z hitlerowcami rozpoczęli II wojnę światową. Jako jedyni wśród sprawców, sojuszników Hitlera, wynieśli z tej wojny korzyści. "Homo sovieticus", o którym mówił ks. Tischner, zaludnia ćwierć naszej półkuli od Kaliningradu po Kamczatkę i odradza się z każdym pokoleniem, karmiony od dziecka podobnymi oficjalnymi kłamstwami i snami o potędze. Wikipedia rosyjska to tylko czubek lodowej góry propagandy. Powszechny kult mordercy Stalina, który - według Sołżenicyna - wysłał na śmierć 60 mln Rosjan może dziwić Europejczyków, ale nie dziwi w Moskwie, a zwłaszcza na prowincji. Wyparcie to drugie imię Rosji. Osławiona rosyjska dusza jest zresztą doskonałym obiektem dla psychologa, studiującego mechanizmy obronne, np. racjonalizację. Wszystkie decyzje carów, genseków, współczesnych imperatorów były zawsze racjonalnie uzasadniane post factum, a prawda, rzeczywiste motywy pozostawały ukryte nawet przed świadomością tych, którzy decydowali. Na wieki pozostały też ukryte przed milionami prostaczków. Jedyne owoce, które obrodziły w tym kraju to "gorzkie winogrona" i "słodkie cytryny" - dwa typy racjonalizacji opisane przez Freuda. "Sankcje Zachodu? Pomogą naszemu przemysłowi się rozwinąć" - słodkie cytryny. Kilkadziesiąt tysięcy Rosjan na lodzie po upadku biur podróży, czeka na samoloty ministerstwa spraw nadzwyczajnych, a  minister kultury Władimir Mediński na to, żeby nie latać "gdzie najtaniej, do jakichś tam Turcji, Egiptów" - gorzkie winogrona.

Pamięć złotej rybki wykazuje większość Rosjan. Na Twitterze zwróciłem kiedyś uwagę przemądrzałemu wyznawcy Noworosji, który groził światu drugim Auschwitz pod faszystowskim Kijowem. Napisałem, że jemu nie wypada, bo nigdy nie osądzili zbrodniarzy mordujących w Katyniu. Odpowiedział: "Ech Paljak, ty jeszczo barfolomiejewskuju nocz budiesz popriekat?". Cynizm? Ignorancja? Wyparcie grzechów ojców ze zbiorowej pamięci? Może nie wiedział? W rosyjskiej Wiki jednak nie znalazłem wersji alternatywnej, obowiązującej przez dziesięciolecia, o hitlerowcach strzelających w tył głów tysięcy polskich oficerów. Jest tam spora nota o "Katyńskim rozstrzelaniu", bo czy to może być tam nazwane zbrodnią w kontekście spowszedniałych milionów ofiar stalinizmu? Umieszczono nawet fotokopię notatki Berii, sugerującego wymordowanie jeńców, z podpisem akceptującego ten plan Stalina. Dla nas to ludobójstwo, a dla narodu z przetrąconą pamięcią i sumieniem rzecz zwyczajna.
Ale skoro dowody przekazał Polakom "zdrajca Gorbaczow", mleko się wylało. Można jeszcze podrażnić rodziny ofiar w kolejnych procesach, odrzucając ich roszczenia, jednak czy Rosjanom potrzebna dziś wersja alternatywna w Wikipedii? Chyba nie, po prostu to sobie racjonalizują. Wiceprzewodniczący Dumy twierdzi przecież, że "wszystkie bez wyjątku decyzję Stalina były słuszne" i obawiam się, że większości Rosjan wpojono wygodną formułkę, że Katyń to usprawiedliwiony odwet ZSRR za klęskę roku 1920. Nawet inteligentni ludzie w tym dziwnym kraju niechętnie przyznają, że ich ojcowie i dziadowie mogli być zbrodniarzami, których nie osądził żaden trybunał norymberski. Wolą święcić "Dień pabiedy", popijając wódeczkę i rycząc "urrra!" na Placu Czerwonym.
Rosyjska dusza nie zmieniła się od lat, tam nadal za narodowy cel uznaje się osiągnięcie powszechnego, światowego strachu przed Rosją. Poznałem kiedyś ukraińskiego dziennikarza, który już w roku 2001 powiedział: "Nie zapominaj, że Putin to pułkownik komunistycznej służby KGB i prędzej czy później on o tym światu przypomni". Nie mylił się, przypomniał to najboleśniej Ukraińcom.
Słucham tej papki propagandowej z Jałty, jakbym cofnął się do czasów komisarzy ludowych. Została specjalnie przygotowana dla milionów wypranych z refleksji patriotów, wpatrzonych jak w ikonę w aparatczyka, który po cichu, ukazami z Kremla wysyła do Donbasu pociski, czołgi, wyrzutnie Grad, aby mordowały, a przed kamerami mówi o pokoju i ochronie ludności cywilnej. Stara szkoła Czeka. Prostackie to wszystko, ale oprawa ma kłuć w oczy ciemny lud imperialnym bogactwem. "Zasłużyliśmy, naród wstał z kolan po latach upokorzeń" - mówi wódz, a naród w uniesieniu bije brawo. Przypomina mi się "Tomorrow belongs to me" z "Kabaretu" Boba Fosse'a.

Musimy przywyknąć do tego, że mamy za wschodnią granicą ZSRR bis. Jednak tym razem jesteśmy po drugiej stronie ścian klatki z pomrukującym miśkiem. Budujmy, bogaćmy się i bądźmy przygotowani, gdyby kiedyś próbował przełożyć łapę przez kraty.


wtorek, 11 marca 2014

Europo, Europo

Europa zakłada sobie pętlę na szyję. Waży słowa, decyzje, przelicza wszystko na Euro, liczy, liczy. Oby się nie przeliczyła, bo zupełnie zapomniała, że XXI wiek nie wszędzie już się zaczął.

Chroniczny kryzys finansowy i gospodarczy, o którym Amerykanie już zapominają, na Starym Kontynencie trawi ciągle gospodarki wielu krajów. Widać to na przykładzie obrotów i zysków globalnych koncernów - np Ford w ubiegłym roku zamknął bilans globalnym zyskiem 9 mld dolarów, a odchodzący prezes Alan Mulally zarobił na tym ponad 13 mln $ premii, podczas gdy region europejski koncernu odnotował 1,6 mld $ strat. Nic dziwnego, że Europa boi się zahamowania lekkiego ożywienia gospodarczego i powrotu kryzysu. Gdyby jednak potrafiła uczyć się na własnych błędach, uniknęłaby może poważniejszych strat.

Gdzie Rzym, gdzie Krym

Angela Merkel miała rację w jednym - jej świat i świat takich ludzi jak Putin to zupełnie różne światy. Putin nie walczy o Krym, miał trzydziestoletnie gwarancje, że półwysep będzie nadal udostępniał bazy rosyjskiej Flocie Czarnomorskiej, a Rosjanie, będący większością, mogli tam swobodnie funkcjonować, odbierając ukraińskie świadczenia, korzystając z rosyjskich szkół, z energii i wody, dostarczanych z Ukrainy. Dla kogo Putin zdemolował ten układ? Nie dla Rosjan.

Putin nie walczy też o bezpieczeństwo Rosjan poza Krymem na Ukrainie, to bzdury w które wierzą tylko stetryczali kombatanci wojny ojczyźnianej. Jedyny Rosjanin, który zginął na kijowskim Majdanie należał do obozu demonstrantów i trafiła go kula snajperska. Uważa się, że kulę posłał jeden z mówiących przez radio po rosyjsku strzelców wyborowych, sprowadzonych do Kijowa przez ludzi Janukowycza. Po tygodniu odgrywania komedii w mediach i promowania teorii o ochronie Rosjan, zmieniono przekaz na inny, zatwierdzony przez Kreml: "Rosja chroni samych Ukraińców przed faszystami". Farsa, ale fenomen Rosji polega i na tym, że "russkij czieławiek" uwierzy w to bez chwili zawahania.

Krym to scenariusz napisany przez ucznia starej szkoły Czeka, właściwie przepisany bez specjalnej finezji. To sklecone na kolanie trzy eventy w jednym - najazd na Czechosłowację pod pretekstem obrony Niemców sudeckich, prowokacja gliwicka i włączenie wolnego miasta Gdańska do Rzeszy na prośbę niemieckich mieszkańców. Dlaczego Europo nie potrafisz odczytać tak wyraźnych analogii?

Podobno plany odbicia Krymu leżały w rosyjskich sztabach już kilkanaście lat, ale nie było potrzeby rzucania na szalę wszystkiego, czego dorobiła się Rosja, a zwłaszcza światowego pokoju, gdy przy władzy byli polityczni gangsterzy, utrzymywani za pieniądze z rosyjsko-ukraińskich biznesów, wysysających gospodarkę. Aż przyszedł ten moment, kiedy zerwały się długie smycze, na których prowadzana była agentura rosyjska we władzach w Kijowie. Kto to taki? Jak łatwo dziś odpowiedzieć na to pytanie - są na liście urzędników, którzy w ciągu paru dni schronili się u swoich mocodawców w Moskwie.

Po co Rosjanom ta Ukraina? Można zaryzykować takie pytanie w kontekście pojawiających się analiz, mówiących o planach zagarnięcia wschodniej części lub nawet całego kraju. Po co Rosjanom powtórka z Afganistanu, wyścig zbrojeń, kosztowna okupacja, przedłużanie agonii rubla i niepokoje wewnętrzne podsycane biedą własnych obywateli?

Putin nie walczy ani o Ukrainę, ani o Rosję, ani o imperialne mrzonki dotyczące utrzymania wpływów Federacji w regionie. Walczy o zdewastowanie tego przebudzonego kraju - ogniska rewolucji, które zagraża jemu samemu. Im dłużej trwa ten teatr z zamaskowanymi "obrońcami", "zielonymi ludzikami" w rosyjskich mundurach, przystrojonymi w rosyjskie kałachy, którzy odmawiają na nie swojej ziemi dostępu kobietom do mężów w jednostkach, im więcej wyposażenia ukraińskich magazynów, lotnisk i baz wywiozą rosyjskie wojskowe kamazy, tym dłużej Putin utrzyma się na liście top 50 najbogatszych polityków świata. Chodzi o to, aby Ukraina pod nowymi władzami w Kijowie popadła w totalną ruinę. To realizowany z premedytacją plan kolejnego zagłodzenia "nieposłusznej republiki". Putin jak zarazy obawia się tylko jednego - rozlania się protestów na Rosję. Dlatego OMON prewencyjnie wsadza do pudła wszystkich, którzy próbują protestować lub kiedykolwiek znaleźli się na czarnych listach - stara carska metoda, nie słychać tylko skrzypienia kół kibitek, wywożących niepokornych dalej na wschód.

To wojna o majątek Putina i majątki stada miliarderów żyjących wzdłuż tzw. "Putinówki", drogi kiczowatych daczy należących do nowobogackich pod Moskwą. Kilka lat temu używano sobie na prezydencie Bushu, porównując cenę jego skromnego zegarka do ceny zegarka Putina (pewnie też niedeklarowanej w oświadczeniu majątkowym). Od tego czasu powiększyła się pewnie putinowska kolekcja zegarków wartych dziesiątki tysięcy franków szwajcarskich każdy. Maeve McClenaghan, brytyjska dziennikarka, która od lat śledzi majątek prezydenta Rosji policzyła, że same akcje spółek energetycznych w jego portfelu warte są 70 mld dol. Jest też iście carski zestaw dóbr luksusowych: kilkanaście samochodów o wartości 700 tys. dolarów, ponad pięćdziesiąt samolotów i helikopterów, cztery statki, tysiące hektarów ziemi, dziesiątki pałaców, willi i daczy. Nic dziwnego, że Janukowycz - nieudolnie - próbował Putinowi dorównać.

Pisząc o współczesnej Rosji trzeba wciąż cofać się gdzieś do mentalności przełomu XIX i XX wieku. Ostatni car Rosji Mikołaj II zgromadził podobno majątek oszacowany na równowartość dzisiejszych 300 miliardów dolarów w akcjach kolei, papierach wartościowych, nieruchomościach i dziełach sztuki. Niewiele pewnie Putinowi brakuje do tego rekordu. Prezydent na pewno pamięta, co stało się z carskim majątkiem po 1918 roku.

Kto jest wygranym i przegranym tej próby nerwów? Rosjanie w większości uważają, że ich prezydent gra na nosie reszcie świata. Że przywrócił dumę narodowi. Propaganda nie dopuszcza innej interpretacji skutków tego konfliktu. Nie byłbym jednak na miejscu zwykłego Rosjanina optymistą, bo nawet jeśli Putin stracił już zdolność liczenia się z miliardami rubli, to i jego prywatny, nie mały skarbiec dorzucony do puli nie powstrzyma gospodarczej katastrofy. Gigant nie posiada żadnych atutów handlu zagranicznego poza surowcami, na które ceny i zapotrzebowanie będą spadać, a kiepski stan technologiczny przemysłu, pikujący w dół przyrost demograficzny, nie są już nawet w rosyjskich mediach tematem tabu. Wizja kolejnych lat pompowania pieniędzy w zbrojenia i w Krym - "zdobycz terytorialną" pozbawioną perspektyw, powinna Putina ostudzić. Czy myśli on jednak racjonalnymi kategoriami?

Tymczasem Ukraina przestała czuć się "sztucznym tworem" i Rosja nie ma raczej szans na szybkie pozbycie się nowych władz, niepodatnych na zdalne sterowanie. Bez Ukrainy straci sens inny sztuczny twór - Euroazjatycka Wspólnota Gospodarcza, a po takich demonstracjach politycznej gangsterki ze strony jej głównego członka, Rosji, zaufanie kapitału światowego stopnieje do minimum. Kto chciałby ryzykować pieniądze w kraju zahibernowanym w kompleksach z XIX wieku, zdolnym do awantur i tak nieprzewidywalnym, że grozi destabilizacją całemu światu. A jeszcze parę miesięcy temu lider Euroazjatyckiej Wspólnoty snuł plany o zbliżeniu z obserwatorami: Ukrainą, Mołdawią i Armenią. Chyba to również przegrał.

Obawiam się, że tu już nie gra Putin. Kontroluje może media, ale się odkrył i jest rozgrywany przez swoje nawyki, kolegów z KGB i sytuację, do jakiej sam doprowadził.

wtorek, 29 października 2013

Strachy na Lachy i pogany


Znów jakiś biskup, jeden, potem drugi i trzeci, błyszczy intelektem, gromiąc w rozprawce duszpasterskiej biegające z wydrążoną dynią dzieciaki i uświadamiając owieczkom piekielny rodowód Halloween.  

Jeśli można posądzić o niewiedzę komentatorów, blogerów i lud idący na msze, to sami biskupi powinni wiedzieć, że 90 proc. katolickich świąt ma korzenie wcześniejsze niż Ewangelia, a nawet wcześniejsze niż monoteizm, co nie umniejsza obecnie ich chrześcijańskiego charakteru. Kościół praktykował wchłanianie świąt poprzez nadanie im nowych nazw i odmiennej wymowy. Tak jest również ze świętem zmarłych, z „Zaduszkami” i z Wszystkich Świętych. Oczywiście - wszystkie razem być może pochodzą od celtyckiego festiwalu końca lata Samhain, choć są także opinie historyków temu przeczące. Przeraża mnie analfabetyzm przedstawicieli Episkopatu – w słowie Halloween nie chodzi przecież o sławienie piekieł, wystarczyło zajrzeć do źródeł i sprawdzić etymologię nazwy chrześcijańskiego All Hallows’ eve. Wypadałoby autorom listów znać rolę papieży Bonifacego IV i Urbana IV w umocnieniu tego święta.
Kompletną hipokryzją jest wypominanie strachów i potworów, które jak belka w oku tkwią przecież również w naszej rodzimej katolickiej tradycji. Czym jest chodzenie przez zapustników po wsi ze śmiercią, diabłem i turoniem? Czym jest tradycja „tańca śmierci” w kulturze chrześcijańskiej Europy? Czy biskupi nigdy nie czytali „Rozmowy Mistrza Polikarpa ze Śmiercią” albo „Skargi umierającego”? Czym są rytuały bractwa Męcarzy, z kośćmi i czaszkami zmarłych, odprawiane do dziś w Krakowie przez żarliwych katolików? To wszystko nasze rodzime obrzędy.

Danse macabre z polichromii kościoła Saint Germain w La Ferte-Loupiere


Taniec Śmierci Hansa Holbeina

Scena tańca śmierci z kaplicy św. Anny kościoła Bernardynów w Krakowie
Cały ten świat rdzennie europejskich dziadów i horrorów promieniował na kulturę anglosaską oraz do katolickiej Ameryki Łacińskiej, gdzie do dziś przetrwały zasymilowane z miejscowymi zwyczajami spektakle na Día de los Fieles Difuntos, całkiem podobne do tych znanych z naszej literatury i historii.
Zastanawia mnie jedno, czy mam do czynienia z ignorancją i kompletnym upadkiem kultury u szczytu hierarchii polskiego Kościoła, czy z celowym ogłupianiem wiernych? Słyszałem o przypadkach katechetek w szkołach, rzucających się Rejtanem u drzwi, aby tylko nie dopuścić do tej pogańskiej orgii.
Drodzy biskupi, mam wrażenie, że nasza rytualna straszność jest równie straszna, a czasem straszniejsza od tej obcej, podobno okultystycznej. Są w niej i diabły, i kostuchy, różnica polega na tym, że nasza się już nie sprzedaje, a dziś z obcej straszności na tacę zbierają hipermarkety i plantatorzy dyń, nie parafie. Fant albo psikus!




sobota, 26 października 2013

Przebiegłe ubiegłe stulecie


Czasem warto zanurkować w warstwy kurzu, zalegające na nieotwieranych od lat książkach. Spomiędzy Dmowskiego z 1910 i PRL-owskiego kalendarza z przepisami kulinarnymi zdarza się wyłowić taki oto rarytas. Kilkanaście kartek zszytych w broszurę "Dlaczego właśnie on" Piotra Wierzbickiego, wyborcza ulotka z roku 1990, fragment większej całości tego autora, wydanej w tym samym roku pod tytułem "Bitwa o Wałęsę".



Ciekawa lektura, zwłaszcza w kontekście ostatnich referendów, wyborów, "tysiąca Wietnamów", smoleńskiej partyzantki politycznej i "postępu na współczesnym teatrze działań wojennych", jak mówili oficerowie Studium Wojskowego z tamtego stulecia. Subtelność argumentacji Wierzbickiego tak bardzo kontrastuje z bełkotem kampanii naszych czasów i poziomem publicznych wypowiedzi niedorzeczników prasowych, że zatęskniłem za takimi spin doktorami, jak twórca i były naczelny „Gazety Polskiej”. Z jednej strony jego literackie i muzyczne zamiłowania stawiały go zawsze na pierwszym miejscu listy publicystów, których nazwisk szukałem w gazetach. Pisał z polotem o tym, co i mnie pochłaniało. Z drugiej strony, reprezentował skrajnie odmienne od moich poglądy polityczne, i wtedy kiedy agitował za Wałęsą, i kiedy był przeciwko niemu. Ceniłem jego smak artystyczny, nie znosiłem prawicowych (wtedy ultraprawicowych) wyskoków, jak choćby publikacja listy Macierewicza w „Gazecie Polskiej” i licznych utarczek felietonisty. Temperament i polityczna zadziorność połączona z dobrym rozeznaniem w kulturze i świetnym warsztatem, czyniła z niego osobowość pośród osobliwości prawej strony areny wydarzeń lat 80 i 90.
Gdzie do Wierzbickiego obecnym, ciosanym siekierką, polerowanym wazeliną politrukom, pchającym się przed kamery z rozkazu szefa lub z własnej inicjatywy.


Dziś, kiedy prawicą nazywa się Sakiewicza, który - mało kto pamięta - tak w ostatniej kampanii parlamentarnej buksował kółkami do prezesury TVP, że przejechał po stopie Kaczyńskiemu, Wierzbicki wydaje się elokwentnym, wyważonym starszym panem. Gdzie te czasy, kiedy najpierw się myślało, a później pisało? Gdzie dziennikarze, którzy coś przeczytali, zanim siadali do klawiatur? Książka Wierzbickiego niewiele straciła do dziś, po ciężkich latach z Wałęsą prezydentem. To nie bezrefleksyjny panegiryk. Może przekonała zwykłych ludzi, bo opisywała sprytnego elektryka, którego "łaska wałęsowska na pstrym koniu jeździ". Czy ghost writer, ukryty za plecami Kaczyńskiego, autor słynnej wpadki literackiej "Polska naszych marzeń" potrafiłby napisać coś równie przebiegle szczerego i trafnego?



Swoją drogą, dziś ani porządnej lewicy, ani prawicy... "błaznów coraz więcej macie, nieomal błazeńskie wiece".

czwartek, 3 października 2013

Bociany nad Wogezami

O siódmej rano we mgle
pojawiły się cztery wielkie ptaki,
nisko lecące bociany,
W październiku. Zagubione stado?

To tylko symbole Alzacji
naturalizowane w wolierach
i wypuszczone po latach.
Nie chcą już ryzykować
dalekiej migracji do Afryki
i zostają. Białe bociany -
jak czarni imigranci.

Alzackie dzieci też wierzą w bociana.
Jeśli chcą mieć rodzeństwo, 
przekupują ptaki kostką cukru 
zostawioną na parapecie. 

Do naszej biedy boćki wracają
bez zachęty, z własnej woli.
W mazurskim Żywkowie kilka ludzkich rodzin, 
nie więcej niż 30 osób,
mieszka wspólnie ze 160 bocianami,
przynoszącymi co roku wiosnę.
Coś ciągnie je do kraju
"gdzie winą jest dużą
popsować gniazdo
na gruszy bocianie".

A może nasza bieda
Jest dla bocianów dostatkiem
I odwrotnie, bogacąc się niszczymy
entropię wszechświata
porządkujemy dający życie chaos 
odbieramy mokre łąki, miedze
i te krzywe grusze pod gniazda.

W Alzacji porządek aż kłuje w oczy.
Żywopłoty strzyżone w kule i prostopadłościany 
stoją Hab-Acht, albo garde-a-vous
I te ptaki, tak dziwne w tym pejzażu,
jak sterowane radiem drony
w pobliżu lotniska, które jako jedyne na świecie
ma wyjścia do trzech różnych krajów
- myślę oglądając skrzydło Embraera
odrywającego się od pasa startowego.